Kwasowa Grota Heroes VIIMight & Magic XDark MessiahHorn of the AbyssHistoria Światów MMSkarbiecCzat
Cmentarz jest opustoszały
jesteś zalogowany jako Nieznajomy
zaloguj się    załóż konto
Nieznane Opowieścitemat: [OGÓLNY] Might and Magic: Echo porażki
komnata: Nieznane Opowieści
strona: 1 - 2 - 3

Hobbicus PW
5 lutego 2012, 19:13
Noc. Pustkowia, lato. Północny wiatr tnący bezlitośnie wychłodzone twarze i pyski. Gdzieś na wschodzie zauważyć można było zarysy lodowych gór Eeofolu. Z ciemności wynurzały się resztki światła zacienionego księżyca, odbijając się od wysuszonych kłosów trawy. Spod licznych gałęzi martwego dębu wyzierały blaski metalu na zbrojach niektórych przybyszów.

Nie tylko rabusiów i zawalidrogów tu przywiało. Zadufany w sobie mistrz miecza z Erathii nieufnie spoglądający na deyjańskiego rycerza; paru różnobarwnych barbarzyńców zdolnych zagryźć własne gardła przy podziale łupów, nawet jeszcze nikomu nieznanych; rudowłosy elf dyskutujący z niskim, brunatnym zwierzołakiem odnośnie obecności entów na bagnach; nawet troglodytów nie zabrakło, wciąż węszących i warczących skrzekliwie na wszystkie otaczające ich wrogie zapachy... Dość zróżnicowana gromadka. I duża. Zbyt duża jak na pierwsze lepsze ogłoszenie. Wszyscy, nawet ci najgłupsi, doskonale wiedzieli, że ten świstek papieru rozmieszczony w najważniejszych miastach Antagarichu jest inny niż wszystkie.

Już samo miejsce i czas spotkania to sugerowały. Dlaczego akurat Sporne Ziemie? – Kreegan jeden raczy wiedzieć. To nigdy nie było bezpieczne miejsce. Wojny drzewne, ogłoszenie niepodległości przez Welnin, łowy ścierwojadów – wszystko to szybko mija, a spór nadal trwa. I jeszcze te pogłoski, że Deyja chce przejąć te tereny... Może właśnie tego dotyczy ten zlot? Ale przecież gildia nekromantów już nie istnieje. Zresztą – nie byłoby to wtedy rozgłaszane we wszystkich stolicach kontynentu! A już na pewno nie w Steadwick, zwłaszcza po przybyciu królowej Katarzyny.

W końcu pod drzewo przybyli ostatni przybysze, czyli organizatorzy tego całego przedsięwzięcia. Rychło w czas, chciałoby się rzec - większość czekała tu już parę ładnych godzin. Ale już dla samego widoku warto było tyle stać na chłodzie. Na przedzie szedł krasnoludowaty wąsaty typ z opaską na oku. Miał na sobie skórzany kaftan, a na niego nałożony był mosiężny kirys. Przy pasie zwisał dziwny przedmiot, kształtem przypominający nieco regnańskie półhaki, choć było to takie podobieństwo jak mizerykordii do maczety.

Za nim maszerował błękitnoskóry, sędziwy, szlachetny z twarzy elf przystrojony w złoty diadem. Był uzbrojony podobnie jak kurdupel, również nosił ten nietypowy oręż. Tuż obok niego kroczył opancerzony niczym bracadski golem ogropodobny stwór z wystającymi ponad wargę kłami, trzymający przy sobie duży, lśniący miecz. Cała trójka wyglądała jakby nie z tego świata – nikt nie był w stanie rozpoznać w nich komukolwiek znanych ras żyjących na Antagarichu, ani też na Enroth czy nawet Jadame. Grupce towarzyszyło czterech osobników w kapturach, prawdopodobnie jakichś magów lub adeptów.

- Dziękuję wam wszystkim za przybycie – odezwał się elf, wychodząc na przód – i obiecuję, że wasza inicjatywa nie pójdzie na marne. Jestem czarodziej Kastore. Uprzedzając wasze pytania: pochodzę z Deyji, do niedawna byłem... - tu się zawahał - ...pełniłem tam ważne stanowisko. Moi towarzysze nazywają się Mroczny Cień oraz Maximus. Zgromadziłem was tutaj, żebyśmy wykonali bardzo ważną, lecz równie niebezpieczną misję. Wydaje mi się jednak, że trafiłem na odpowiednich rębajłów... przynajmniej niektórych z was – dodał, rozglądając się z zainteresowaniem po tłumie.

Gnoll burknął ordynarnie ze zniecierpliwieniem, czarodziej tylko się na to krzywo uśmiechnął.

- A więc do rzeczy: jak zapewne wiecie królestwo Deyji upadło wraz z gildią. Resztki nekromantów uciekły w różne strony, osiedlając się w małych grupkach w różnych częściach kontynentu i zastanawiając się nad kolejnymi inwazjami. Nie są jednak zdolni do tego, ażeby ponownie się zgromadzić w jedną całość i siać prawdziwe spustoszenie, a nie tylko wnerwiać okolicznych władców małymi napadami. To jest nasza szansa. Jeszcze przed wygnaniem Archibalda i jego uwięzieniem w AvLee rozpocząłem mobilizację wojsk, dzięki którym powstanie nowe, lepsze państwo łączące raz na zawsze Deyję i pustkowia Harmondale! Bez jednej ideologii, bez jednego celu – prawdziwy azyl dla was wszystkich, właśnie tutaj! – jego głos z każdym słowem coraz bardziej się napełniał ekscytacją wymieszaną z gniewem. Z mroku nocy wyłaniały się zaś jego oczy, w których prócz mądrości i inteligencji zobaczyć można było zobaczyć małą, lecz istotną w całej kompozycji nutę szaleństwa.

- Jednak nie myślcie – ciągnął dalej, już nieco spokojniej - że będziecie mi potrzebni do jednoczenia. Nie, wasza grupa ma inne zadanie. Choć równie ważne, a może nawet ważniejsze... Do realizacji mego planu potrzebuję pewnego przedmiotu, mistycznego reliktu pełnego niezwykłej wręcz mocy. Czegoś takiego nie można stworzyć ani znaleźć w pierwszym lepszym miejscu, jak zapewne się domyślacie. Do niedawna byłem przekonany, że jedyny taki przedmiot znajduje się na zachodnim wybrzeżu, niedaleko Spaward, i że został skradziony przez samego Gavina Magnusa. Odnaleźliśmy jednak źródła mówiące o zamienniku… albo nawet zamiennikach kryjących się na północnym archipelagu, gdzieś w pobliżu Vori. Możliwe, że to tylko plotka, ale jest to nasza jedyna nadzieja. Jeżeli to jest prawda, te wyspy powinny niemalże zapadać się pod ciężarem niezliczonej ilości skarbów i artefaktów tam skrytych! I, rzecz jasna, będą one dla was nagrodą po wykonaniu zadania. Jedynym waszym celem jest eskortować mnie podczas tej ekspedycji. Prócz wspomnianych wynagrodzeń otrzymacie z góry zapłatę w złocie oraz, rzecz jasna, wysokie stanowiska w naszym nowym imperium...

- Wolnego, harpi zadzie! – wtrącił się jeden z Krewlod. – U kiego złamanego miecza mamy ci ufać? Długouchy dziwak obwołujący się czarodziejem nagle chce założyć jakiś nowy kraj na ruinach nietrupów? I my mamy mu w tym pomagać, a może jeszcze wspierać w wojnach?! Takich jak wy było krocie, nikt nie przeżył, a tylko jeszcze większe zamieszanie wprowadził! Ledwo co z bagniakami i czortami sobie poradziliśmy, a już szykują najazd! Trza tych tutaj wybić co do jednego, bracia! – ryknął i sięgnął po topór. Paru jego pobratymców poczyniło to samo, szykując się do rzezi. Zakapturzeni osobnicy podeszli bliżej i poczęli kumulować aurę magiczną. Wszyscy w napięciu oczekiwali starcia.

Kastore kiwnął głową do Mrocznego Cienia. Ten w mgnieniu oka sięgnął po swoją dziwną broń, wycelował w agresora i nacisnął za spust. Jak można było się domyślić, było to coś potężniejszego od typowego pirackiego pistoletu, lecz oręż ten przerósł oczekiwania wszystkich zgromadzonych. W mgnieniu oka czerwony promień wystrzelony z lufy wbił się w wojownika, momentalnie wypalając w jego zbroi oraz kryjącym się pod nią ciałem dziurę wielkości dorodnego, tulareańskiego jabłka. Barbarzyńcy odsunęli się, nie próbując nawet ukryć przerażenia, jakby domalowanego na ich tępych twarzach. Pocisk zniknął tak szybko jak się pojawił, a Krewlodczyk powoli osunął się na ziemię, nie mogąc nawet wyszeptać swego ostatniego słowa. Odgłos uderzenia ciała o piasek zabrzmiał niczym piorun w bezchmurny dzień...

- I żeby to było ostatni raz – wyszczerzył zęby krasnoludowaty. Maximus zarechotał, obserwując zielonoskórych z politowaniem, jak gdyby więź z jemu podobnymi już dawno w nim wygasła. Lecz jakie to miało znaczenie - wszyscy patrzyli tylko w osłupieniu na artefakt trzymany w dłoniach Cienia.

- Ta moc – Kastore wskazał na broń, poprawiając włosy – to jest właśnie to, co możemy uzyskać, jeśli ta legenda jest prawdziwa. Jeżeli nie chcecie iść – nie musicie, nie będę was zmuszał. Jednak nie będę też tolerował agresji skierowanej w naszą stronę. Dokładnie za dwa tygodnie w samo południe czekam na was w Tidewater. Tam będą nas oczekiwać nasi sojusznicy, którzy znają morze lepiej niż własną kieszeń. Radzę dobrze przygotować się na dłuższą podróż statkiem, potrzebujemy w pełni sprawnej załogi... Do zobaczenia.

Czarodziej odwrócił się i odszedł, reszta grupki zaś podążyła za nim. Nikt nie odważył się zaatakować ich od tyłu, kiedy mieli okazję. Część zgromadzonych również zaczęła się zbierać, inni jednak omawiali to, co właściwie przed chwilą zaszło.

Nowe królestwo? Deyja i Harmondale? Nieznany artefakt na północnym archipelagu? I ta czarcia magia, jeśli to magią można jeszcze nazwać... Już nawet to, że cała podróż ma się rozpocząć akurat w Tatalii, kraju słodkich wód, nikogo nie dziwiło. I że nie zabito tych, którzy nie zgodzili się na współpracę. To było najmniej istotne.

Wielu postanowiło nie mieszać się w politykę i zrezygnowało z propozycji Kastore’a. Niektórzy jednak chcieli sprawdzić, co takiego ten dziwny elf knuje... i czy te skarby to na pewno kolejna legenda nie mająca nic wspólnego z prawdą...


***

Po nieudanych próbach rozpoczęcia dwóch odstających od standardów grotowych sesji RPG ponownie was witam i zapraszam do wzięcia udziału w nowej grze!

Tym razem przenosimy się w zapewne dobrze wam znany świat Enroth, na kontynent Antagarichu. Historia Might and Magic: Echo porażki dotyczyć będzie istotnych wydarzeń między Might and Magic 7: Za krew i honor a Heroes of Might and Magic 3: Ostrze armageddonu. Całość jest wytworem wyobraźni fana serii, lecz stanowić ma uzupełnienie pewnych braków, do których twórcy dopuścili się podczas tworzenia kolejnych części.

Dla mało zorientowanych w fabule krótkie wyjaśnienie: w Might and Magic 7 w pewnym momencie mogliśmy wybrać jedną z dwóch ścieżek fabularnych – światła lub ciemności. Pierwsza była kanoniczną i stanowiła element obowiązującej fabuły pozostałych części serii MM i HoMM. Gra kończyła się na otwarciu portalu do innych światów za pomocą zapomnianej, starożytnej technologii. Druga ścieżka jednak również była istotna – dotyczyła Gildii Nekromantów oraz Kastore’a, który to za pomocą tej samej technologii chciał odtworzyć starożytne Niebiańskie Kuźnie i dzięki nim podbić Antagarich. Zgodnie z oficjalną linią fabularną jednak nie udało mu się to, a jego dalsze dzieje skrywa tajemnica... Po więcej informacji polecam zajrzeć [a= http://www.gildia.acidcave.net/sheltem_i_corak.html]tutaj[/a] i [a= http://www.acidcave.net/forge.php]tutaj[/a].

Moment ten, niezgodny z pierwotnymi zamierzeniami twórców, stworzył sporą lukę i wprowadził niespójność w dość skomplikowanej fabule Might and Magic, przez co znacząco wpłynął na pierwszy dodatek do HoMM3, tj. Ostrze armageddonu. Ta sesja RPG ma na celu m.in. rozwiać niektóre wątpliwości i wyjaśnić pewne sprawy z punktu widzenia fana serii, lecz również – a nawet przede wszystkim – ma stanowić dobrą zabawę dla wszystkich, którzy się nią zainteresują.

***

Gra ma być przede wszystkim storytellingiem, choć niektóre elementy typowego systemu gier fabularnych zostaną zachowane. Nie musicie jednak pamiętać podczas grania o liczbach czy kostkach do gry. Potrzebne będą wam jedynie wyobraźnia oraz choćby i częściowa znajomość realiów Antagarichu, żeby wczuć się w klimat.

Będziecie jednymi z tych bohaterów, którzy odpowiedzieli na wezwanie Kastore’a i zgodzili się na wykonanie dla niego zadania. Karty stworzonych przez was postaci powinny się składać z następujących elementów:

1. Imię, nazwisko bądź przydomek oraz płeć waszego bohatera. Tutaj warto się zorientować choćby i w imionach bohaterów z HoMM3 bądź MM7 (zwykle są one angielsko brzmiące, często też się odwołują do czegoś, np. do cechy charakteru), choć nie jest to wymagane.
2. Wiek, pochodzenie – prócz konkretnej liczby przeżytych wiosen oraz nazwy ojczyzny bohatera przyda się również miejscowość, skąd pochodzi (czy to jest wieś, miasto, mogą być konkretne nazwy), oraz ewentualne określenie stanu szlacheckiego (lord, były dowódca sił zbrojnych, chłop szukający możliwości zarobku bądź zwyczajnie przygody).
3. Rasa i profesja (może być również zawód). Obie te rzeczy powinny mieścić się w granicy prawdopodobieństwa – warto zwrócić uwagę na okoliczności, w jakich znalazła się ta postać. Rasa może być właściwie dowolna, lecz powinna być zgodna z kanonem Might and Magic oraz nie zaburzać wiarygodności sytuacji (dlatego też smoki raczej odpadają).
4. Krótki opis wyglądu i prezencji postaci – włosy (jeśli posiada), kolor oczu (jeśli posiada), zarys sylwetki, ubiór, także obycie się etc. Zamieszczone obrazki mogą być przydatne, lecz mimo tego charakterystyka słowna jest i tak bardzo przydatna.
5. Krótki opis charakteru postaci – czy jest to postać impulsywna i agresywna, czy może to ktoś spokojny, cichy, stonowany itd. Można też dodać, po czyjej stronie się opowiada na Antagarichu.
6. Mocne i słabe strony. Ich ilość jest dowolna (podobnie zresztą jak tematyka – może to dotyczyć zarówno sprawności fizycznej, jak i psychicznej) i nie muszą wcale się równoważyć, lecz raczej nie chcemy mieć drużyny złożonej z prawie ideałów – byłoby to zwyczajnie nudne. Warto też odnieść się tutaj do rasy oraz profesji postaci.
7. Ekwipunek. Po prostu w ramach prawdopodobieństwa. De facto im prostszy, tym lepszy.
8. Biografia. Chodzi raczej o dość krótki opis dotychczasowych przeżyć bohatera. Wszelkie odniesienia do fabuły serii bardzo mile widziane.
9. Motywy – ostatnia, lecz bardzo ważna kwestia. Mam na myśli to, że jednak kreowany przez was charakter miał jakiś cel, dla którego zarówno przybył na Sporne Ziemie, jak i zgodził się na powierzone mu zadanie. Może to być chęć zdobycia sławy, bogactwa, może też własne cele do zrealizowania, poszukiwania czegoś… Byleby to miało sens. Znowu – odniesienia do fabuły serii są przydatne.

Rzecz jasna nie wymagam od was właśnie takiej kolejności poszczególnych punktów.

Nie widzę przeciwwskazań wobec grania już istniejącymi bohaterami z gier Might and Magic, jednak wypadałoby to skonsultować ze mną osobiście (patrz niżej). Poza tym nie zwalnia to z tworzenia karty postaci – jeżeli chcecie grać istniejącą już postacią, musicie ją umieć dobrze opisać.

***

Sesja ma się rozpocząć najpóźniej pod koniec lutego - o konkretnej dacie poinformuję na parę dni przed końcem naboru. Planowana jest na kilka osób, maksymalnie 10. Im lepsze karty postaci (a także im lepszy język w nich użyty), tym większe prawdopodobieństwo dostania się do niej.

W razie wszelkich wątpliwości proszę skontaktować się ze mną drogą prywatną poprzez maila (hobbit.shire@onet.eu) bądź GG (9413296).

Nabór do sesji uważam za rozpoczęty. Powodzenia! Na pewno się wam przyda...

Dark Dragon PW
5 lutego 2012, 20:56
Imię: Nikt tak naprawdę nie zna jego imienia, znany jest tylko jego pseudonim - Bane

Bane nie wiedział, jak długo już biegnie. Od nadmiaru kwasu mlekowego czuł skurcze w udach i łydkach, niedobór tlenu osiągnął punkt krytyczny, w którym nie dało się już go ignorować, w dodatku stracił rozeznanie, gdzie jest - chyba na końcu kolejnego długiego korytarza w głębi poziomu głównego hangaru statku. Chwilowo pozbawiony zmysłu orientacji i wyraźnego celu spodziewał się, że to tylko kwestia czasu, kiedy coś go dogoni. Zatrzymał się, oparł o ścianę i wziął kilka głębokich oddechów. Jego skronie pulsowały, czuł ból w gardle i płucach, a krtań była nadwyrężona i zdrętwiała. Liczył uderzenia serca, próbując się uspokoić... uspokoić się, po prostu... Wstrzymał oddech, nasłuchując krzyków, lecz nie usłyszał niczego...
W korytarzu panowała absolutna cisza. Przed sobą miał stertę skrzyń, które tarasowały mu drogę. Ruszył w ich stronę, o wiele spokojniejszy po tym krótkim odpoczynku. Jego zdolności akrobatyczne pozwoliły mu z łatwością pokonać przeszkodę wykonując przy tym efektowne salto. Po drugiej stronie, na wysokości swej twarzy Bane spostrzegł dwa żółte humanoidalne ciała, przywiązane do sufitu gęstą siecią kabli, jak para ohydnych kukiełek. Oba były w zaawansowanym stadium rozkładu - oczodoły miały puste, a rysy twarzy nie do poznania.
Nagle jedno z ciał podniosło głowę. Istota przyglądała mu się z grymasem na zapadniętej twarzy i poruszała zgniłymi kikutami nóg, bujając się w przód i w tył. Drugi trup też już się ocknął. Jego głowa kiwała się w górę i w dół, jak gdyby węszył tym, co pozostało z nosa. Bane patrzył na to jeszcze przez chwilę z pewną dozą fascynacji. W tym czasie wpatrzone w niego obydwa ciała zaczęły nerwowy, kołyszący się taniec. Obijały się jedno o drugie i rzucały do przodu z wyciągniętymi rękami. Raz za razem, coraz wyżej i wyżej. Niektóre z przewodów były już pozrywane, ale jedna szczególnie długa rurka, prowadząca wprost do ich klatek piersiowych, była cały czas podłączona i płynęła w niej jakaś czarna maź.
- Nie mogę tu tracić więcej czasu - powiedział sam do siebie Bane.
Odwrócił się gwałtownie i wtedy go złapał.
Zaczęło się. Bane jako zabójca z wieloletnim doświadczeniem i mistrz wielu sztuk walki, nie miał problemu z wydostaniem się z uścisku trupa. Szybkim ruchem wbił mu w oko sztylet, który był przymocowany do jego przedramienia. Jego zbroja miała sztylety wbudowane w zbroję w różnych miejscach, co było sporym atutem w nietypowych starciach.
Stworzenie zesztywniało, otworzyło usta i krzyknęło. Nogi się pod nim ugięły i ciało runęło. Leżało teraz, wijąc się, na podłodze. Bane ruszył w kierunku wyjścia. Był już prawie w drzwiach, kiedy krzyk osłabł i usłyszał za sobą jego głos, chrapliwe gulgotanie:
- FRGGGGGGGG UN FFFFFF...
Obejrzał się, wściekły o to sam na siebie. Stworzenie czołgało się na oślep w jego kierunku.
Nagle statek się przychylił, wszystko zaczęło spadać i wariować. Statek uderzył w coś z ogromnym impetem. Seria wybuchów i ciemność...


Bane ocknął się na jakiejś obcej planecie. Z jego ekwipunku zniknęło niemal wszystko. Tylko strój był kompletny. Zbroja cała czarna, do tego płaszcz z kapturem. Elementy zbroi wyposażone w dodatkowe ostrza pozostały w stanie nie zmiennym. Wszystko było bogato zdobione prawdopodobnie symbolami rodu. W jego ręku spoczywał też sztylet, równie bogato zdobiony, prawdopodobnie pamiątka rodzinna.
Wstał i otrzepał się z kurzu.
*kaszle* - gdzie ja jestem? co ja tu robię? co to za wrak statku?
Na skutek upadku Bane najwidoczniej dorobił się sporych rozmiarów luki w pamięci... Jedyne co mu przyszło do głowy to znaleźć jakąś cywilizację...


Z początku wszyscy dziwnie na niego spoglądali. Nie wyglądał typowo jak dla tych stron. Przypominał najbardziej chyba mrocznego elfa. Blada karnacja i srebrne włosy. Mierzy ok. 175 cm. Gdyby mierzyć to w ludzkich latach, to wyglądał na niespełna 20 lat. Ma znak szczególny na klatce piersiowej oraz na prawej ręce, jakieś dziwne znaki. Twarz smukła i mająca ostre rysy twarzy. Uszy są szpiczaste i dłuższe niż u tutejszych elfów.
Po jakimś czasie jednak się dostosował otoczenia. Jego umiejętności nie zmieniły się. Szybko znalazł więc pracę jako płatny zabójca. Jednak to wciąż było mało... Pieniędzy? Chyba nie, był świetny i dobrze mu płacili. To czego mu brakowało to adrenalina!
Aż w końcu przeczytał ogłoszenie odnośnie spotkania w Harmondale. Rozwieszone w tutejszej mieścinie.
- Cóż, może to wreszcie to na co czekałem? - Spytał sam siebię, diabelsko się przy tym uśmiechając.

Cechy charakteru:
enigmatyczny, małomówny, cichy, skryty, zamknięty w sobie, błyskotliwy, chytry, przebiegły, bystry, nieufny, nieustraszony, niestrudzony, szybki, pochopny. Świetnie widzi w ciemnościach.

Wady: Kompletnie nieufny, podrywacz, brak znajomości magii, ubytki w pamięci (flashbacki), nadwrażliwość na światło.

Wygląd
Ekwipunek: Strój (opisany powyżej), sztylety (szt. 2), sztylety do rzucania (szt. 5), racja żywnościowa, tajemnicze, metalowe, sześcienne pudełeczko

Belegor PW
5 lutego 2012, 21:55
Trallar Clawstrong- reptilion łowca, były dowódca sił króla Tralosska z Tatalii, urodzony w małym mieście Swampwood 26 wiosen temu. Syn byłego oficera, kierującego wojskami na wschodnim pograniczu. Jako młodzieniec wykazywał się wysoką ambicją i dużym talentem w walce i dowodzeniu. Mistrz łuku i miotania krrisami. Były kandydat na zięcia króla Tralosska tuż zanim pojawił się Wystan. Dowodził siłami inwazyjnymi reptilionów i gnolli na przygraniczne tereny z Erathią. Gdy doszło do spotkania z barbarzyńcami z Krewold połączył siły z Wystanem i zdobyli ostatnie bagienne miasta Erathianczyków,a nastepnie odparli szturm goblinów oraz orków. Jednakże w trakcie walk doszło do "kłótni" i zamachu na życie Wystana. Sprawca uciekł i zdezerterował. Chwilę po jego zniknięciu przybyła armia królowej Katarzyny, która rozniosła w pył główne siły Tatalii. Obecnie Trallar pracuje jako najemnik i jest lojalny wobec tego, kto mu zaoferuje więcej.

Silne strony: Talent przywódczy, strzelanie z łuku, miotanie krissami, tropienie, orientacja w przestrzeni, poruszanie po trudnym terenie. Akrobatyczna, wręcz jaszczurcza zwinność
Słabe strony: Łatwo można go urazić, nie jest skuteczny w bezpośrednim starciu. Blizny po bokach ciała (po walkach z wiwernami) nie zrośnięte całkowicie i przy uderzeniu powodują ból.

Charakter: ambitny, poważny i dobrze udający emocje. Jeśli się go widzi pijącego i żartującego przy stole to tak naprawdę w duchu rozważa jak kogoś zabić lub myśli o czymś poważnym. Nie jest wylewny, wydaje się zimny jak głaz.

Wygląd: żółte oczy, smukła, chuda budowa ciała, choć umięśniona. Łuski głównie zielone, wpadające w brąz i szarość przy kończynach i brzuchu. "Grzywa" czerwona z beżowymi kolcami.

http://www.tawerna.biz/h/NRT/4/potwr6.jpg

Motywy: Moc, siła która pozwoli mu podporządkować Tatalię i zdetronizować Tralosska i jego ród.

Ekwipunek:
-łuk z wiśniowego drzewa
-kołczan pełen strzał
-dwie pary kirysów
-trzy buteleczki trucizny z jadu wiwerny
-dodatkowy płaszcz z kapturem
-zapasowe ubrania
-filcowane buty
-zbroja skórzana poprzetykana łuskami bazyliszka.

Wiwern PW
10 lutego 2012, 19:25
Przydomki: Pies Gończy, Czarny Labrador, Wilczy Diabeł i Jednooki Zabójca w całym Antagarichu, Przyjaciel z Bagien wśród krasnoludów, Psi Zdrajca w Krewlod oraz wiele innych. Za młodu Selawiw.

Wiek: 33 lata

Pochodzenie: Prawdopodobnie Tatalia, ale on sam za swój rodzinny dom uznaje statek "Skradziona Beczka".

Rasa: Gnoll

Profesja: Najemnik i podróżnik, obecnie nie zajmuje się już swoją karczmą i sklepem w Tatalii, choć czasami jeszcze handluje z innymi kupcami.

Wygląd: Gnoll o czarnym umaszczeniu przypominający labradora, choć jego wrogowie przed śmiercią czasami widzą w nim dzikiego wilka. Przeciętnego wzrostu z charakterystyczną opaską na prawe oko. Nosi czarny płaszcz, pod którym ma skórzaną zbroję i istny arsenał broni, ale to da się zauważyć raczej tylko podczas walki.

Charakter: Małomówny, szczery do bólu, leniwy i obojętny na wszystko. Kocha polowania, ale brzydzi się mordowaniem. Pomocny, ale priorytetem dla niego jest on sam. Czasami kłamca i wykazuje się czymś co bardziej dumne rasy nazywają tchórzostwem. Walczy niehonorowo.

Mocne strony:
- Dzięki chwilowej niewidzialności, zdolności ukrywania i skradania oraz nienajgorszym posługiwaniu się wszelkimi broniami białymi jest ścisłą czołówką jeśli chodzi walkę jeden na jeden w dogodnych warunkach.
- Taktyk z zmysłem do targowania, przekupywania i kłamania
- Opanowany, nie posiada strachu

Słabe strony:
- Do lepszych przeciwników w normalnej walce nie ma co nawet startować, niewidzialność wyczerpuje się szybko
- Skłonny do zdrad i kombinowania
- Nie lubi obcych, nowych towarzyszów traktuje bardzo chłodno i obojętnie

Ekwipunek:
- Skórzana zbroja z płaszczem
- Magiczny amulet
- Krótki miecz
- Sztylet
- Toporki do rzucania
- Młot bojowy
- Trochę pieniędzy i jedzenia

Biografia:
Został znaleziony w beczce płynącej po morzu przez załogę (o ironio) "Skradzionej Beczki", a że jakimś cudem przeżył to i z chęcią znalazł się w załodze najpierw jako istna maskotka, którą można było namalować na pirackiej fladze, a potem jak już podrósł jako wesoły i gadatliwy kucharz. Jego towarzyszami były same sławy jak pewien jaszczurzy staruszek (podobny kiedyś oswoił jako pierwszy wiwernę!), żądna mocy Charna, tajemnicza Sylvia, medyk Uland marzący o powrocie do AvLee i wiele innych osobistości.

Statek jednak z czasem został zatopiony przez piratów z Erathii, a jego załoga wzięta do niewoli i jedynie zaradny gnoll zdołał uciec. Przez lata szukał informacji o swojej załodze i przemierzył w ten sposób cały kontynent. Udało mu się jedynie uzyskać informacje, że piraci z Erathii zostali zabici. O losie dawnych towarzyszy nie było nic wiadomo.

Resztę życia spędził jako najemnik próbujący zdobyć pieniądze na zakup statku i wynajęcie załogi, która opuści z nim kontynent i na innych lądach odnajdzie zagubioną bandę piratów. Przez ten czas zdążył zaprzyjaźnić się z krasnoludami, stracić oko w bitwie z nieumarłymi, zdobyć amulet niewidzialności od tajemniczego maga, zdradzić orków podczas ich oblężenia jednego z posterunków Tataliańskich i uciec razem Tazarem na bagna, by tam prowadzić sklep i karczmę. Jednooki jest już pewny, że tutaj nie znajdzie swoich przyjaciół.

Z czasem jednak dowiedział się o pewnym zadaniu. Zostawił swój co dopiero założony sklep i spróbował swych sił w grupowej misji...

Motywy: Odnalezienie swoich przyjaciół sprzed lat

Trith PW
11 lutego 2012, 01:19
Imię i nazwisko: Sezefienne Vitali... I nie, nie uczestniczę w żadnych ankietach.
płeć: przecież mówię, że kobieta, ty urwipołciu! :P
wiek: kobiety się nie pyta o wiek, ty patafianie jeden ty!... Ale mogę się pochwalić, iż już drugie stulecie utrzymuję mój doskonały wygląd.
rasa: człowiek wspomagany magią... śmierci, jeśli to takie ważne. Ale nie jestem przecież żywym trupem!

pochodzenie, kariera zawodowa, wykształcenie, bla-bla-bla (i biografia): No i co z tego, że jestem córką grabarza, a matka była balsamistką? Klienci rodziców byli o wiele lepszymi towarzyszami gier i zabaw (nie mówili, nie ruszali się i w ogóle byli tacy jacyś nieżyciowi) niż te bezmózgie dzieciaki, które boją się nawet samych nagrobków. Pomagałam rodzicom przy pracy, to prawie nie do pomyślenia, że podatki za mieszkanie są tak drogie nawet tak daleko od Steadwick. Mniejsza już o to. Kiedy nieco podrosłam i zaczęłam przejawiać zdolności magiczne, zostałam wysłana z Erathii do jakiejś szkoły magicznej w Bracadzie. Gdy wystarczająco dużo podrosłam, zaczęłam pracować jako bibliotekarka oraz udzielać korepetycji tej nieoświeconej młodzieży. W wolnych chwilach nawet nostalgicznie wracałam do praktyk, których uczyli mnie rodzice. Nie chodzi nawet o to, że to opłacalne, ale nawet nie wiesz, ile zabawy może sprawić składanie zwłok kota rozjechanego powozem. A w sumie ta wariatka z obsesją na punkcie futrzaków zażądała też od lokalnej świątyni zarządzenia żałoby oraz godnego pogrzebu... To były czasy... Ale po jakimś czasie odkryli, że mam na składzie w bibliotece (oczywiście gdzieś za ladą, albo na strychu) kilka tytułów z "Listu do Ksiąg Skażonych", czy jakoś tak. Przyznam, sama czasami czytałam te tytuły i nigdy mi nic paskudnego na dłoniach nie wyskoczyło. Tak czy inaczej, musiałam się szybko przeprowadzić. W Deyji nie mieli tak kuriozalnego podejścia do książek jak gdzie indziej, nawet nikt nie zwrócił uwagi, jak zajęłam sobie i urządziłam po swojemu jakiś opuszczony zameczek. I szczerze mówiąc, nudziło mi się tam niemiłosiernie, więc w przerwach między wyjścia na zakupy do Czeluści zaczęłam własne badania magiczne. Po jakimś czasie to zaczęli nawet chodzić z tej Czeluści do mnie, żeby kupować ode mnie zaklęte przedmioty po niskich cenach lub wykupić jakieś zwłoki z grobowca pod moim zamkiem. Zaciekawiona tematem sama zaczęłam eksperymentować na tych trupach. W sumie z nieumarłych to takie zaklęte przedmioty są, a może nawet golemy... Przy okazji odkryłam sposób na utrzymanie swojej niezaprzeczalnej urody, szczególnie iż moja posiadłość była coraz częściej nawiedzana przez rabusiów przebranych za poszukiwaczy przygód lub, cóż a impertynencja, wyobraź pan sobie, nawet za paladynów! Tak czy inaczej, miałam wystarczająco dużo ochotników... Tak, ochotników. Kiedy bełkotali coś zakneblowani, to z pewnością nie brzmiało to jak: "Nie, przepraszam, ale nie mam teraz czasu pomóc Pani w badaniach.", więc uznałam, że dobrowolnie przekazują mi swoje siły witalne w imię nauki nawet mimo dyskomfortu, jaki część moich rytuałów może wywołać... I dobrze mi się prosperowało przez długi czas, mimo tego iż większość okolicznych badaczy magii uważało mnie za ekscentryczkę ze względu na moje poczucie estetyki oraz mniej oziębły charakter.

Wszystko się jednak zmieniło, kiedy dosyć niedawno wyjechałam w poszukiwaniu pewnego mitycznego przedmiotu, który tak naprawdę okazał się tandetnym świecidełkiem z kiepskiej jakości zaklęciem. Kiedy powróciłam, okazało się, iż cała moja służba została wymordowana, a wszystkie możliwe ruchomości skradzione. Przysięgam, zabrali mi nawet moje łyżeczki do herbaty!

Charakter:
Ale nie narzekam... Zbytnio. Jakoś postawiłam się na nogi. Staram się być optymistką. Część moich gości twierdziła, że jestem obłąkana, ale kto by wierzył włamywaczom? Czasami czuję się jednak samotna. Większość moich służących nie potrafi mówić, a kiedy dosyć dawno temu dostałam zaproszenie i pojawiłam się na... Już sama nie wiem, co to było... Reszta zaproszonych była taka... Ponura. Po jakimś czasie mnie nawet wyprosili, kiedy chciałam nieco rozluźnić atmosferę rozmową czy czymkolwiek innym, usprawiedliwiając się iż jestem irytująco gadatliwa oraz że próbuję tam zrobić zamieszanie. Ale w sumie to nawet lepiej, nudziłabym się tam niemiłosiernie, albo wdałabym się w jakąś niemiłą dyskusję. Nie lubię, jak ktoś ma inne zdanie niż ja.

Mocne strony:
Rozumiem, moje działania jak i upodobania mogą w niektórych kręgach uchodzić za kontrowersyjne, ale jestem dobra w tym, co robię. Z zaklinania przedmiotów byłam chyba najlepsza w całej szkole, nawet opracowałam własny system magicznych run, które mogę stosować praktycznie do wszystkiego. A z umarłymi to umiałam się już chyba obchodzić zanim nauczyłam się chodzić. Dzięki mamusi wiem jak sprawić, by zwłoki wyglądały dobrze oraz co nie jest w nich potrzebne, co było bardzo pomocne, kiedy uczyłam się ich ożywiania. Alchemia to też dobra rzecz. I pomyśleć, że zaczęło się od zwykłego parzenia herbaty... Dzisiaj umiem już nie tylko przygotowywać fazowe eliksiry funkcyjne, ale jestem w stanie sama sobie produkować preparaty balsamistyczne, w tym te zapobiegające rozkładowi zwłok... A wspominałam o tym, że zamierzam za niedługo wypuścić własną markę perfum?

Słabe strony:
Cóż... Niektórzy mówią, że jestem ofiarą swojej rzekomo dziwnej mody... Może moja suknia rzeczywiście nieco utrudnia mi poruszania się, nie cierpię wąskich przejść... A gorset nieco utrudnia oddychanie, przez co nie mogę sobie pozwolić na dużo wysiłku, a jego sztywność praktycznie uniemożliwia mi schylanie się... Ale przecież wyglądam w tym dobrze, sam przyznaj! Poza tym od zadań specjalnych mam służących... No tak, może wygodny tryb życia nieco uderzył mi do głowy. Poza tym z racji swoich zainteresowań magią zaniedbałam swoją siłę fizyczną... Ale przecież od podnoszenia ciężarów mam służących! Może jestem nieco roztrzepana i czasami czuję się, jakbym nie wiedziała co robię lub robiła to, czego nie wiem, ale od tego mam służ... Zaraz, coś mi tu już nie pasuje... A mniejsza o to.

Motywy:
Ah, to to Pan wtedy stał obok tego szczurołaka-krzyżowca podczas całego ogłoszenia na Spornych Ziemiach! W sumie zastanowiłam się nawet, co pan tam robił, gdyż wyglądał pan tak nieco... Nie w temacie. Mi akurat przypadło do gustu, co wygłosił przewodniczący zebrania. Chętnie bym zebrała kilka nowych artefaktów, żeby mieć na czym prowadzić badania, a te miotające dziwnymi promieniami... Pewnie to jakieś niestandardowych kształtów różdżki... Dosyć mnie zaintrygowały. Poza tym dobrze by było stworzyć jakieś państwo, w którym można by było prowadzić badania magiczne, ba, czytać książki bez obawy o to, że ci się pod oknem zbierze jakiś motłoch z pochodniami i widłami. Co więcej, gdybym wniosła wkład w powstawanie takiego państwa, to powstało by ono zgodnie z moimi upodobaniami i słusznymi dyrektywami. A zapewniam, że moje pomysły dotyczące nie tylko sposobu funkcjonowania organów państwowych, ale i nawet estetyki i etykiety są świetne, jeśli nie genialne...

Oh, zasiedziałam się, a się muszę jeszcze spakować na wyjazd do Tidewater! I gdyby tylko, to wszak będzie dopiero początek przygody!... Jeśli Pan pozwoli, teraz moi służący się Panem zajmą, na przykład herbatą i ciasteczkami poczęstują, ja sama muszę się, jak już powiedziałam, przygotować!

*******

Wygląd:
Blada kobieta uśmiechnęła się ciepło, po czym wstała i podciągnęła suknię. Dopiero teraz widać było, iż pod tym wręcz dzwonem znajdował się taboret, z którego dama właśnie wstała, a suknię podciągnęła, by wspomniane siedzisko uwolnić spod swojego odzienia. Kobieta chwyciła swój wachlarz, który był na stoliku. Dosyć spory, z fantazyjnymi kwiecistymi zdobieniami, które widniały również na masce, sukni i gorsecie ekscentrycznej pani. Ba, cała posiadłość była przyozdobiona takimi bogatymi malunkami czy rzeźbieniami. Nawet zastawa stołowa, czy coś co powinno być zwykłym taboretem było mocno ornamentalne. Gość ponownie spojrzał na panią tego domu, która szybkim krokiem zmierzała do drzwi na końcu pokoju, zostawiając za sobą powoli opadającą chmurkę białego pudru, na który składała się kreda oraz mielone kości. Co dziwniejsze, mimo iż jej i tak blada skóra oraz peruka (w którą były wplecione nawet kości) były mocno wypudrowane, to jej strój, ukazujący wręcz przerysowaną sylwetkę, nie miał żadnych białych zabrudzeń na materiale w odcieniach czerwieni, burgunda oraz czerni, które były zdobione złotem w kształtach tak kwiatów, jak i kości.
Mimo tak niewygodnego stroju, dama zachowywała niezwykłą grację ruchów, co sprawiło iż gość obserwował to nietypowe zjawisko jak zahipnotyzowany aż do momentu, kiedy kobieta opuściła pokój, a ciężkie, drewniane drzwi wzmocnione spiżem zatrzasnęły się za nią z hukiem, uprzednio otwierając się przed nią bez niczyjej pomocy.

Wtedy gość pozostał w pokoju sam. Nagle usłyszał skrzypienie z drugiej strony... Okazało się, iż tam też były drzwi, które właśnie się otworzyły... Za nimi panowała kompletna ciemność. Najpierw dało się usłyszeć niepokojące kroki, później szczękanie i jęki, aż w ciemnościach pojawiły się przebłyski barwnej, magicznej poświaty układającej się w kwieciste wzory. Chwilę później z cienia do pokoju weszły dwie groteskowe postacie. Jedną z nich był szkielet, w którego kościach były wyryte te dziwaczne kwieciste wzory, które jaśniały magią, co więcej, część kości została zastąpiona jakimiś ozdobnymi elementami ze złota. Obok natomiast stało zombie, którego dobrze zakonserwowane ciało również było ozdobnie ponacinane podobnie jak jego przyjaciel szkielet. Z nacięć w dodatku sączył się powoli jakiś płyn w kolorze poświaty tych zaczarowanych z pewnością ran.
Gość zdążył tylko przerażony spaść z krzesła i krzyknąć ze strachu, zanim ci nietypowi nieumarli rzucili się na niego... Z pewnością nie z zamiarem poczęstowania intruza herbatą i ciasteczkami.

Sezefienne na chwilę się zatrzymała, gdy usłyszała przeraźliwy krzyk jej gościa (który w rzeczywistości był szpiegiem, co dał się złapać na gorącym uczynku, a ona go wzięła za sąsiada przychodzącego z wizytą. Czasami jej słudzy bywają bardziej rozgarnięci od niej), lecz wytłumaczyła to sobie, że może zbyt zachłannie napił się herbaty i poparzył się wrzątkiem... Zaraz, od kiedy jej służący z kategorii szkielet/zombie patrolowe potrafią przyrządzić herbatę?... Jednak dama nie miała czasu się nad tym zastanawiać, gdyż miała ważne rzeczy na głowie (poza swoją peruką oczywiście). Gdy już znalazła się tam, gdzie chciała, wzięła do ręki listę rzeczy do wzięcia na podróż. Zwołała służących i rozpoczęła organizację pakowania wg listy:

Ekwipunek:
1. Zapasowy strój w takiej samej kolorystyce, co obecnie przez nią noszony (wliczając w to wachlarz). Może i wybitnie niewygodny i krępujący ruchy, lecz może nawet zda egzamin jako zbroja, przynajmniej przeciwko magii? Bo przecież te kwieciste zdobienia na całym stroju nie muszą być tylko niefunkcjonalną ozdobą. Oczywiście nie wliczamy w to kosmetyków, które ze względu bezpieczeństwa idą do oddzielnego kufra.
2. Kałamarz, pióro czerwonego łabędzia oraz księga, w której Sezefienne zapisuje swoje spostrzeżenia na temat magii, głównie nekromancji, zaklinania przedmiotów oraz nowe formuły runiczne.
3. Zaczarowany imbryk, oczywiście! Ten magiczny czajniczek nawet nie potrzebuje ognia, by zaparzyć herbatę i utrzymać prawidłową jej temperaturę przez długie godziny. A i tak to pewnie nie granice możliwości tego cudownego przyrządu! Nawet panna Vitali nie wie, gdzie owe granice się znajdują! Ten artefakt będzie nosić zawsze przy sobie, w stylowej torebce.
4. Do kolejnego kufra wrzuci się jakieś odczynniki magiczne, kilka kryształów, nieco narzędzi runicznych i balsamistycznych. Wszak kto by przepuścił możliwość prowadzenia badań w terenie?
5. Przekąski! Cały wór ciastek oraz herbaty (jak i również ziół-dodatków do herbaty, które miejscami mogą się wydawać podejrzane). Teraz tylko mieć nadzieję, że na miejscu wodę będą mieli.
6. Oczywiście wszystkie te ważności (poza imbrykiem) będą w skrzyniach. Więc... Jedna skrzynia na ubrania, jedna na kosmetyki, w sumie księga też będzie bagażem podręcznym jak imbryk. Odczynniki, kryształy i narzędzia idą do jednego kufra, przekąski do następnego. Łącznie cztery kufry...
7. Służący, a jakże by inaczej! Cztery zombie będą nosiły te skrzynie. I jeszcze trzy szkielety, by kiedy zombie były zajęte noszeniem bagaży, było komu wydawać polecenia typu: "Przynieś, odnieś, pozamiataj i zajmij się gośćmi".
8. A i jeszcze kilkaset sztuk złota na drobne wydatki podczas tych wakacji...

Zaraz! To Sezefienne w końcu jedzie na wyprawę poszukiwawczą, wakacje, czy odwiedzić sąsiadkę na drugim końcu kontynentu... Ona sama na pewno nie zna odpowiedzi na to pytanie, od tego ma sł... A nieważne.

Irhak PW
15 lutego 2012, 22:30
Na podstawie dawnej mojej postaci do kampanii (zarzucony pomysł, został tylko mój nick w Grocie :P)

Imię: Zdradził tylko, ze nazywa się Malatheza'ar :P
Wiek i pochodzenie: właściwie nieznane; pojawił się wkrótce po ataku Kreegan na pustyni Dragonsand
Rasa: nieznana (chód i kształty ludzkie, ale zdolności magiczne dorównujące jedynie elfim druidom)
Profesja: mag-kowal (potrafi dzięki temu rzucać zaklęcia i walczyć wręcz z niemal identyczną perfekcją)
Wygląd: zakapturzona postać, która nie ukazuje swojej twarzy; strój to głównie ciemna peleryna, która przyjmuje kolorystykę otoczenia (jednak nadal pozostaje w jednolitym kolorze) i coś na wzór zbroi będącej połączeniem żelaznych kółek kolczugi ze skórznią
Charakter: tajemniczy; czasem spokojny, a czasem wybuchowy;
Mocne strony: włada magią z wszystkich dziedzin, wykonuje niemal idealnej jakości przedmioty, nieźle walczy, siła, mądrość/inteligencja
Słabe strony: intrygi, gotowanie, nieznaczna podatność na magię ognia i ziemi, urok osobisty
Ekwipunek: stalowa laska z kryształem jako zwieńczeniem, kilka grudek rudy, stara gruba książka (+ strój, który normalnie nosi na sobie); jedzenie i ukryty woreczek złota
Motywy: zainteresowanie artefaktami, bunt przeciw Kreeganom; przewaga sił może spowodować zachwianie równowagą w pobliżu jego krainy

Biografia:
Ktoś zna jego historię prócz niego samego? Wątpliwe. Sam nie zdradza praktycznie nic o sobie w rozmowach. W ogóle nie lubi mówić o sobie. Pojawił się w Noc Spadających Gwiazd wraz z Kreeganami. Niektórzy mawiają, że wyszedł ze Światyni VARN na pustyni Dragonsand, a inni, bardziej pomyleni i chyba nieco wstawieni, że spłynął na wielkim obłoku lub spadł w jakimś meteorze. Gdzie się więc pojawił i jak? Prawdopodobnie przybył właśnie z Kreeganami, ale się odłączył od ich statku i rozbił w pobliżu budynku pośród piasków. Idąc tym tropem Gavin Magus, nieśmiertelny król Bracady, wywnioskował ewentualną możliwość bycia Starożytnym przez Malatheza'ara. Sam mag jednak ani tego nie potwierdził, ani nie zaprzeczył temu. Co więcej, kompletnie olał zaproszenie w tej sprawie nadesłane przez Gavina. Przez kilkanaście tygodni pracował jako kowal w Steadwick i Ravenshore. Jego podróż zaprowadziła go na północ od miejsc związanych z późniejszym Dniem Niszczyciela. Tam rozwinął właściwie swoje małe 'państewko' - każdy kto chciał żyć w spokoju i z dala od Kreegan, których najwyraźniej Malatheza'ar nienawidził, znalazłby tam swój dom. Władzy jako takiej nie było, chociaż to mag miał największy posłuch. On sam jednak lubi od czasu do czasu wybrać się w podróż po Antagarichu. Czasami wybierał się do Eofolu, aby zadać cios kolejnym Kreeganom. A co z jego wyglądem i zdolnościami? No właśnie. Nikt nie widział jeszcze jego twarzy skrywanej pod kapturem. Posturę ma ludzką, ale ręce elfie. Widać je jedynie podczas pracy w kuźni. Twory jego pracy są tak wytrzymałe jakby je zaklęto na niepodatność na czas i pęknięcia. Co ciekawe nie tylko posiada zdolności w dziedzinie kowalstwa, ale także zna zaklęcia z praktycznie każdej dziedziny magii, którą można spotkać na Antagarichu (w tym takie zaklęcia jak 'pryzmatyczne światło' czy 'promień słońca', ale także potrafi się posłużyć 'szrapnelem' i 'toksyczną chmurą'). Zadziwiająca jest jednak jego podatność na ogień - głównie za sprawą ubioru, który niemal zawsze ma na sobie.
Podczas jednej z wypraw dowiedział się o misji Kastora. Sprawiał wrażenie jakby już kiedyś usłyszał to imię i wyczuwał na Enroth jakąś technologię Starożytnych (nie wiedział jednak gdzie dokładnie się mieści). Wiedząc co planuje Kastore mógł lepiej przygotować swoje późniejsze plany...

Hobbicus PW
17 lutego 2012, 13:40
Informuję, iż nabór skończy się za tydzień, o północy z piątku na sobotę. Tuż po tym zostaną ogłoszone wyniki naboru (tj. kto się dostał), sama sesja zaś prawdopodobnie rozpocznie się w niedzielę.

Jeżeli ktokolwiek się nie wyrobi z kartą postaci do tego terminu, a chciałby wziąć udział w grze, powinien się do mnie zgłosić drogą prywatną.

Xelacient PW
24 lutego 2012, 20:44
Imię:
Styg Sneersnare kobieta(jaszczuroczłeczka ;P )

Wiek: 24

pochodzenie:
11 córka Tralosska, króla Tatalii,

Rasa: Jaszczuroczłek

Profesja:wiedźma

Wygląd:
Drobnej budowy jaszczurzyca o zadbanych niebieskich łuskach przechodzących w jasnozielony i szerokich "uszach", ciemnozielonymi oczami uważnie lustruje otoczenie i rozmówców, swoją fizjonomię skrywa pod płaszczem z kapturem, chociaż da się zauważyć, że nadgarstki i kostki owija pasmami materii.

Charakter:
Przenikliwe spojrzenie i zacięcie na pysku zdradzają analityczny umysł oraz ostry język, raczej nieufna i impulsywna. Jednak po bliższym poznaniu okazuje się całkiem wrażliwą istotą.

Mocne i słabe strony:
-Przez drobną budowę ciała nie jest zbyt silna i wytrzymała, za to jest nieco zwinniejsza
- Wszystkie zaklęcia musi "robić po swojemu", przez co nauka nowych zajmuje jej dużo czasu, ale tymi, którymi zna posługuje się z dużą wprawą, najlepiej zna się na magii wody(wiedźma), ale w każdej dziedzinie ma coś do powiedzenia (jednak punkt ciężkości jest nieprzesunięty w stronę zaklęć ofensywnych)
-podstawowa wiedza o robieniu mikstur i maści (wiedźma)
-potrafi sie bronić(wiedźma) za pomocą kostura, ale w bezpośrednim starciu nie ma zbyt wiele do pokazania

Ekwipunek
-plecak z "niezbędnikiem wiedźmy" i przytroczonym pledem
- butelka "wody ognistej", kilka czystych lnianych szmatek, mikstura wspomagająca regenerację, mikstura szału barbarzyńcy
- dodatkowa torba na żywność
-cedrowy kostur okuty metalem
-pas z kieszonkami do którego przytroczona jest tubą (w której trzyma papiery z przepisami i notatkami) i manierka z wodą.
-szary płaszcz z głębokim kapturem
- troje szklanych oczu robiących za naszyjnik, sandały|


Biografia
Przedstawienie się skończyło. Wszyscy zgromadzeni zdążyli się rozejść, został tylko martwy ogr, którego truchła nikt nie ruszał jakby obawiając się jakieś klątwy, ale jego topora i mieszka już to nie dotyczyło.

Wtem poruszył się jakiś cień i powoli zbliżył się do martwego barbarzyńcy, przez chwilę stał nad nim uważnie mu się przypatrując, teraz dało się poznać, że to była wysoka smukła jaszczurokobieta, która skrywała się pod płaszczem z kapturem.
W końcu postać przykucnęła przy martwym ogrze i wyciągnęła nóż, po czym odcięła kawałek przypalonej tkanki, uważnie mu się przyjrzała, powąchała, a po chwili włożyła do pyska.
-Bez wątpienia wysoka temperatura… -mruknęła do siebie powoli go przeżuwając – efekt podobny jak przy użyciu błyskawicy – dodała wstając.

-I co panie barbarzyńco? – zwróciło się ironicznie do trupa – zginęliśmy honorowo w walce z silniejszym przeciwnikiem? Czyż to nie jest koniec o jakim marzy każdy z was? W końcu nie bez powodu tak się rwiecie do bitki, prawda? Kiedyś miałam nieprzyjemność z kimś takim jak ty, ledwo udało mi się uniknąć walki… był bardzo podobny do ciebie –dodała z zamyśleniem, po czym tknięta dziwnym przeczuciem uważnie przyjrzała się zastygłej twarzy ogra.
Trwali tak przez chwilę, gdy nagle usta jaszczurzy rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, bardzo szerokim i bardzo paskudnym.

-Co za spotkanie po latach?! – wykrzyknęła uradowana – przypadkowe potrącenie w karczmie, które chciałeś zamienić w rozróbę i pewnie by ci się udało gdyby… a zresztą co ci będę opowiadać, skoro sam przy tym byłeś… ale pewnie ciekawi cię czemu jestem taka szczęśliwa? Otóż wyobraź sobie, że niedługo po tym jak skończyłam swoją służbę w Tatalijskiej armii zainteresowałam się magią przeznaczenia, czyli w dużym uproszczeniu zaklinaniem szczęścia i pecha i tak sobie pomyślałam, że będziesz idealnym celem doświadczalnym! Prosty rytuał co jakiś czas przed snem, żeby „twoja zapalczywość w końcu cię zgubiła, najlepiej na moich oczach” i proszę bardzo leżysz martwy u mych stóp… mój pierwszy sukces w tej dziedzinie! chyba jednak jakoś twoja śmierć zostanie zapamiętana…

Stała tak jeszcze przez chwilę, po czym znowu przemówiła:
-Zatem wygląda na to, że ja powinnam się zająć się twoim ciałem, w końcu to z mojej inicjatywy zginąłeś, zresztą… nie mogę tak po prostu zostawić czyichś zwłok na pastwę losu, zrobimy ci porządne zakończenie tego życia… stos drewna, opowieści o wielkich czynach… może nawet jakąś stypę udami się zorganizować… to ty tutaj sobie poczekaj a nazbieram drewna, dobrze? – dodała podśmiewając się pod nosem.

Gdy tak wiedźma włóczyła się po okolicy, nachodziły ją różne myśli, ale jedna ciągle powracała, a gdyby ONA zginęła to w jaki sposób podsumowano by jej życie?
No na pewno wspomniałoby się o jej pochodzeniu, jedenasta córka króla Tatalii, brzmi nieźle, prawda?
W praktyce było dużo gorzej ze wszystkich żon króla, jej matka miała najmniejsze znaczenie, podobno pochodziła z jakiegoś plemienia, które stało Traloskowi na drodze do tronu, oczywiście zostało rozgromione, a jej matka była trofeum wojennym, którym się można pochwalić podwładnymi, po czym poszła w odstawkę, więc ostatecznie żyła jak większość jaszczuroludzi w jej wieku, na bagnie.

Dorastała bez większych sensacji, jej talent, a właściwie fascynacja do magii, której się poświęciła rezygnując z walki o władzę.

Chociaż to też było uproszczeniem, w głębi duszy pragnęła powszechnego dobrobytu… chciała zamienić „To gnijące bagno w kwitnące moczary”, toteż bolały ją niezliczone problemy trawiące jej ojczyzną i tu nawet nie chodziło o klęski żywiołowe czy jakieś dzikie bestie, tu chodziło o to, że kraj w którym setki grup interesów tworzą tysiące niejasnych układów nie może się rozwijać przedsiębiorczość, że nie ma swobodnego przepływu wiedzy i tak dalej tak dalej…
Było to szczególnie gorzkie, gdy udało się jej dotrzeć do pism o „Rewolcie władców bestii”.
Refleksja była jedna ”Tarnum wyzwolił Tataljczyków, ale już nie zdążył uczynić ich wolnymi”.
Chciała to zmienić i do tego potrzebna byłaby władza, ale na pewno nie taka jaką posiadał jej ojciec niby absolutna, a w rzeczywistości oplątana siecią zależność, umów i układów wśród, których grzęzła niczym w pajęczynie, jeśli pragnęła władzy to na pewno nie takiej.

I tak podróżowała próbując zgłębiać tajniki magii, choć paradoksalnie nie była zbyt zdolna uczennicą, wynikało to z tego, że każde zaklęcia próbowała zrozumieć, a nie zapamiętywać jakieś dziwaczne rytuały, to był też jeden czynników z powodu, którego nie zrobiła kariery jako wiedźma.
Ale przede wszystkim, było to spowodowane jej niewyparzonym pyskiem, cechą wręcz śmiercionośną w społeczeństwie w którym karierę robi się dzięki podlizywaniu się tym, co stoją wyżej w hierarchii.
Stąd też się wziął jej przydomek Sneesnare, ile stoczyła karczemnych dyskusji podczas, których chwytała oponenta w sidła argumentów, wniosków, implikacji koniugacji, by w końcu wydrwić ich poglądy.

Paradoksalnie ona "wysoko urodzona" najlepiej czuła się wśród prostego ludu.

Spośród bardziej emocjonujących historii mogła wymienić swoją podróż do Bracady, w której spędziła raptem miesiąc, bo górski chłód i koszty życia były dla niej zabójcze. W sumie wyglądało to tak, że nocując w takich miejscach jak warsztaty gremlinów, tarasy gargulców czy fabryki golemów próbowała zostać czeladnikiem jakiegoś maga, ale jeśli już ktoś chciał coś egzotycznego to brał silnego ogra… albo cycatą elfkę.
No dobra był jeden co nawet sam do niej przyszedł, ale zniechęciły ją dwie rzeczy: facet zajmował się eksperymentami medycznymi i wykręcał się od opowiedzi co stało się z jego poprzednim asystentem.

I tak dosyć szybko wróciła do kraju gdzie została ją wojna, co jak co ale wizja zdobycia jakieś rozbudowanej wieży magów, gdzie będzie mogła swobodnie pobuszować wydawała sieje niezwykle kusząca.
Co prawda zaciągnęła się jako „zwykła” wiedźma, ale powoli dzięki swoim zdolnościom budziła coraz większe zainteresowanie, a jak ktoś się skapnął, ze jest „Tralaskówną” to nie miała wyboru… uczynili ją dowódcą. I tak poprowadziła atak na małe miasteczko… wyrosłe wokół klasztoru, które miało bardzo dobrze wyposażoną wieżę… zajęła je właściwie bez walki, było to dziwne, ale nie zaprzątała sobie tym głowy, bo było tyyyyle ciekawych rzeczy do przetestowania.
Odpowiedź dostała trzy dni później, gdy rankiem jej płytka drzemka z łbem na biurku została przerwana przez jakiś tumult. Gdy wyjrzała przez okno wieży ujrzała czoło nadchodzącej armii, której główną część stanowili bardzo rozgniewani kapłani…

Oj tak, to był materiał na epicką opowieść, było tak epicko, że po czymś takim Styg przeszła ochota na dalsze wojowanie.
I tak powoli zbliżała się do dzisiejszej nocy, prowadziła swój wędrowny tryb życia aż tu nagle któregoś dnia jakiś zakapturzony gość wpadł do karczmy gdzie spokojnie sączyła sobie piwo bulwowe, powiesił ogłoszenie w widocznym miejscu i zaraz wyszedł udając się w dalszą drogę.

-No już chyba starczy –sapnęła do siebie widząc naznoszony stos gałęzi – to co? Zwróciła się do martwego ogra… zaczynamy? –zapytała się wyciągając nóż, po czym ostrożnie zaczęła mu rozkrawać brzuch, by po chwili wyciągnąć wątrobę.
-Pycha! –mruknęła odgryzając kawałek – może ci się to wydać dość nietypowe, ale nigdy nie miałam zapędów myśliwskich, zawsze wolałam posłać piorun kulisty do jakiegoś bajorka pozbierać padłe ryby i skorupiaki, ale jak się trafia taka okazja to niemożna jej przepuścić! Udało mi się znaleźć trochę ziół, więc szykuj się na wielkie pieczenie, normalnie będę miała co wcinać przez 2 tygodnie! Ale to jeszcze nie koniec, bo chyba gdzieś tam mam przepis na miksturę szału…zawsze chciałam ją zrobić tylko potrzebne są czyjeś nadnercza, chociaż jądra to też wartościowy składnik...

Bo nic nie powinno się zmarnować... - dodała z uśmiechem zabierając się do pracy.

Motywy – brak czegoś lepszego do roboty, chęć zwiedzenia świata, możliwość poznawania tajników magii oraz badania magicznych artefaktów, wizja bycia częścią "Azylu" jest kusząca.

Hobbicus PW
25 lutego 2012, 14:32
Przepraszam że tak późno, ale oficjalnie rekrutacja dobiegła końca. Przeszli wszyscy, którzy dotychczas się zgłosili. Jak ktoś zechce dołączyć w trakcie gry, musi skontaktować się ze mną prywatnie.

Jeszcze dzisiaj do wieczora powinien pojawić się temat RPG z postem wprowadzającym. Cała gra będzie prowadzona w stylu nieco książkowym - przede wszystkim będzie to opowiadanie historii nastawione na opisy i klimat, poza tym cała sesja ma być podzielona dla ułatwienia na rozdziały. Między innymi dlatego pisanie tych postów może trochę potrwać.

Proszę o cierpliwość. I proszę też o niezmienianie na ostatnią chwilę karty postaci bez mojej wiedzy, zostały bowiem skopiowane na mój dysk twardy. :P

EDIT: Dzisiaj się nie wyrobię. Serdecznie przepraszam. Post wstępny będzie jutro.

Hobbicus PW
26 lutego 2012, 14:25
Sesja rozpoczęta rozdziałem zatytułowanym Brzask podróży.

Każdy zaczyna w Tidewater, lecz w różnych jego częściach. Post został podzielony na części związane z każdym graczem. Dla ułatwienia - pierwsza część po wstępie dotyczy Dark Dragona (ulice miasta), druga Wiwerna (gospoda), następna Tritha (wejście do miasta), potem zarówno syriousa, jak i xelacienta (obrzeża bagien, blisko morza), and last but not least - Irhaka (sam port).

Życzę miłej zabawy!

Hobbicus PW
2 marca 2012, 18:06
Na wszelki wypadek informuję, że te ramki dotyczące tego kto, gdzie i kiedy (które są pomysłem Lorda Pawello) będą stosowane tylko wtedy gdy zmieni się kolejność odpisów lub będą się one łączyć. Dziękuję.

Hobbicus PW
22 marca 2012, 16:48
Rozdział I zakończony. Zaczynamy rozdział II pt. Turkusowe pustynie. Przy okazji dołącza Lord Pawello jako Sebastian Walker. Witamy!

Lord Pawello PW
22 marca 2012, 16:55
Skoro dołączyłem, wypadałoby dorzucić swoją kartę postaci. ;)


Sebastian Walker
Wiek: około 35 lat
Rasa: Człowiek

Wygląd:
        Wychudzony i słabo umięśniony, bardzo rzadko rozstaje się ze swoim wyświechtanym i podziurwionym płaszczem. Przebyta choroba spowodowała, że jego twarz jest pokryta szpetnymi bliznami, a dodatkowo mięśnie mimiczne na jej połowie są sparaliżowane. Z tego powodu bywa nierzadko szykanowany i musi ukrywać swój wygląd pod kapturem przy większości kontaktów z ludźmi. Poza płaszczem ubrany jest skromnie i praktycznie. Ze względu na paraliż mięśni powiek nosi on na lewym oku opaskę, aby je chronić i nie dopuścić do wysuszenia spojówki. W razie potrzeby jednak może ją na krótki czas zdjąć i korzystać z dobrodziejstwa obserwacji parą oczu.

Charakter:
        Aspołeczny, opanowany, oportunista. Stara się unikać walki i często stosuje podczas niej nieczyste sztuczki aby nadrobić braki w (wcale nie tak niskich) umiejętnościach, przez co bywa nazywany tchórzem. Szykanowanie uodporniło go na większość zaczepek i prowokacji.

Mocne strony:
- umiejętności złodziejskie opanowane na dość przyzwoitym poziomie
- zdarza się mu wykazywać sprytem
- przyzwoita umiejętność walki mieczem, pomaganie sobie nieczystymi zagraniami
- bardzo duża wiedza o Czasie Cudów, Starożytnych i ich technologii (oczywiście w zakresie możliwości mieszkańca Enroth, który wiedzę czerpie wyłącznie z książek i relacji)

Słabe strony:
- niezbyt silny i o niskiej kondycji
- trudności w nawiązywaniu kontaktów innych niż mających na celu wykorzystanie danego osobnika
- możliwość rozwoju swojej wiedzy o starożytnych technologiach potrafi go zaślepić i sprowokować do głupich i niebezpiecznych zachowań

Biografia:
        Sebastian urodził się w slumsach Bezpiecznej Przystani. Został porzucony przez rodziców w młodym wieku, co spowodowało, że musiał długi czas żyć na ulicy. Szybko zdecydował się, a raczej został zmuszony, pracować dla Gildii Złodziei. Tam właśnie rozwinął swoje umiejętności kradzieży i skradania się.

        Wpływy Kościoła Baa na Gildię nie spodobały się mu zbytnio, dlatego gdy dostał zlecenie zabicia pewnego uczonego wadzącego w interesach, nie dość, że nie wykonał zadania to ostrzegł swoją niedoszłą ofiarę. Zmusiło go to do opuszczenia Bezpiecznej Przystani już na zawsze. Traf chciał, że szwendając się w okolicach ziem należących do zamku Ironfist, spotkał znanego już mu uczonego, który zaproponował mu pracę w zamkowej bibliotece. Tam też Sebastian dowiedział się o Czasach Cudów i niebywale rozwiniętej i zaawansowanej starożytnej technologii. Wkrótce stało się to jego obsesją i każdą chwilę poświęcał zgłębianiu wiedzy i szukaniu ludzi, którzy mogli mieć jakąś styczność z przedmiotami z dawnych dni.

        Gildia jednak nie zapomniała o swoim dawnym wychowanku i wraz z rozszerzaniem się wpływów kościoła Baa zdołali go znaleźć. Ratując się ucieczką, Sebastian przeniósł się na niebezpieczne pustkowia pełne smoków i innych potężnych bestii. Tam spotkał Rexellę - kobietę o wątpliwej urodzie i niebywałej wiedzy o starożytnej technologii, jako że sama miała z nią styczność, a nawet posiadała kilka artefaktów. Sebastian spędził tam kilka miesięcy, nie tylko jako uczeń (chociaż innymi aspektami tej znajomości raczej nie chciałby się dzielić z postronnymi osobami).

        W końcu Walker stwierdził, że czas wrócić do cywilizacji. Opuścił swą mentorkę, "pożyczając" przy okazji trochę cennych rzeczy, w tym starożytny i nietypowy, acz, ku jego wielkiemu rozczarowaniu, zupełnie niemagiczny miecz. Jako że na Enroth był spalony, ze względu na zatargi z Gildią (która to wpływy miała w większości miast), udał się na Antagarich, gdzie próbował dalej zgłębiać informacje.

        Niestety, tutaj szczęście mu nie dopisało. Słyszał jedynie jakieś niepewne pogłoski o dziwnych przybyszach z nieba na północy Avlee, jednak nie udało mu się zdobyć konkretniejszych informacji. Dodatkowo, wiele miesięcy spędził chorując na okrutną i tajemniczą chorobę, która osłabiła go permementie i niebywale oszpeciła mu twarz.

***

        - W dupie byłeś i gówno żeś widział - ryknął kerwlodczyk do młodszego towarzysza - co ty możesz, durniu, wiedzieć o czarodziejach jak nigdy żeś żadnego nie tłukł po mordzie.
        Sebastian sączył powoli swoje pomyje, które nieudolnie próbowały udawać piwo. Od pewnego czasu mimowolnie przysłuchiwał się kłotni barbarzyńców i po raz kolejny żałował, że udało mu się wybrać najbardziej speluniastą karczmę w tej części Erathii.
        - Ja wierzę dzieciakowi - odezwał sędziwy wojownik do pozostałych kompanów - jeśli chodzi o magów to nigdy nie wiesz, czego się spodziewać. Wielu już spotkałem, jednak nigdy nie przestaną mnie zaskakiwać. Nie dalej jak tydzień temu, aby dorobić, chciałem dołączyć do drużyny dziwnych typków. Gdy jakiś młokos zaczął pyskować, tamten wyciągnął urządzenie wyglądające jak trochę jak te regańskie zabawki i wystrzelił w dzieciaka. W życiu żem nie widział takiego magicznego promienia światła, a już na pewno nie spodziewałem się, że usmaży typka na miejscu niczym świniaka na rożnie.
        Sebastian mało nie udławił się swoim piwem. Gdy już przestał charczeć i kasłać, zdał sobie w pełni sprawę z tego, co powiedział stary barbarzyńca. Ten opis pasował tylko do jednej broni. Wiedział, że nie może zaprzepaścić tej szansy, więc gdy towarzystwo obok zaczęło się rozchodzić, odezwał się do sędziwego woja.
- Wybacz, że cię zaczepiam, ale, cóż, nie dało się nie usłyszeć waszej konwersacji, a wielce mnie ona zainteresowała. Czy zechciałbyś może opowiedzieć mi o tych tajemniczych magach, których niedawno spotkałeś? Z przyjemnością zafunduję ci piwo.
- Czemu mnie? - stary wyraźnie ucieszył się na te oznaki zainteresowania jego opowieściami - siadaj więc i przynoś kufle.
Zrezygnowałem z tej wyprawy i doświadczenie podpowiada mi, że nie będę tego żałował. Nierzadko można spotkać dziwaków w tych czasach, jednak ci naprawdę są niebezpieczni. Ta banda wydaje się być podporządkowana rozkazom jednego elfa. On właśnie opowiadał jakieś brednie o nowym imperium dla wyrzutków i całej tej hołoty, ale po prawdzie sądzę, że nikogo to nie interesowało. Ważniejsze było, że wspominał o skarbach i wspaniałych broniach możliwych do zdobycia na tej wyprawie. Jednak, gdy zademonstrowano nam jeden z tych "artefaktów", wiedziałem, że trzeba się stamtąd czym prędzej wynieść. Prędzej gołymi rękami smoka zatłukę niż dam się zaciągnąć na łajbę z tymi wariatami.
- Sądzę, że to dobra decyzja. Jednak chciałbym się temu towarzystwu przyjrzeć z bliska, lepiej mieć takich na oku. Wiesz może gdzie i kiedy ta kompania się zbiera?
- Ech, rób co chcesz, młokosie, nie obchodzi mnie to. Zdaje się, że za tydzień mają się zebrać w Tidewater i wypłynąć cholera wie gdzie.
- Jestem dozgonnie wdzięczny za informacje. A teraz muszę się już zbierać, żegnaj.
- Poczekaj, musisz koniecznie posłuchać opowieści o tym jak rozgromiliśmy tych pieprzonych magów z Bracady. Sam zarżnąlem co najmniej kilkunastu ważniaków -
rzucił z zadowoleniem i zaprezentował kilka pozostałych, pożółkłych zębów w ochydnym uśmiechu. Sebastian zerknął najpierw na starego, ale zdecydowanie silniejszego od niego barbarzyńce, następnie na wielki dwuręczny topór oparty tuż obok, po czym znów na woja po czym westchnął głęboko. Zapowiada się długa noc.

Motywy:
Nie interesują go ani bogactwa ani fantazje Kastore'a, jego jedynym celem jest zdobycie starożytnych artefaktów. Ma również nadzieję na pogłębienie swojej wiedzy w tym zakresie, być może odkrycie tego, czego nie udało się jeszcze nikomu.

Ekwipunek:
Znoszony płaszcz i ubranie, sakiewka z monetami, zapas jedzenia na kilka dni, sztylet oraz miecz wykonany w czasach cudów - do tej pory nie wykazał on żadnych właściwości magicznych jak również opierał się wszelkim próbom identyfikacji, więc prawdopodobnie nie jest zaklęty. Sebastian posiada również amulety i znaki przynależności do różnych organizacji na terenie całego Antagarichu - kradł je kiedy tylko nadarzała się okazja, gdyż potrafią czasem otworzyć wiele drzwi.

Hobbicus PW
1 kwietnia 2012, 14:06
HobbitHobbitAlternative Story


Kastore zaśmiał się serdecznie.
- W "tamtych czasach"? A co rozumiesz przez "tamte czasy"? Czyżby chodziło ci o czasy sprzed iluzji, przepraszam - Ciszy, jak to wy, zwykli śmiertelnicy, przyzwyczailiście się określać?

Malatheza'ar spojrzał na czarodzieja niepewnie. Ten obserwował maga z politowaniem, przepełniony poczuciem wyższości nad tym, co go otacza. W jego oczach widać było pogardę dla wszystkiego i wszystkich. Zupełnie tak, jakby on wiedział o wiele więcej, niż ktokolwiek inny na tej planecie.

Po chwili ciszy pokazał Malatheza'arowi małe urządzenie o kształcie pudełka, z dużym, czerwonym przyciskiem na środku.

- Chcesz poznać prawdę? Chcesz poznać prawdziwą technologię Starożytnych? Co za głupie żądania - ona jest wszędzie wokół nas! Myślisz, że naprawdę jakaś prymitywna rasa diabłów byłaby w stanie zniszczyć łącza między stwórcami tego wszystkiego a innymi planetami? Myślisz, że to by było takie proste? Nie... To byłoby zbyt proste! Tylko dzieci potrafiłyby się nabrać na takie bajeczki! A mimo to wszyscy wy zostaliście tak łatwo oszukani... - zachichotał szaleńczo, a następnie uderzył z całych sił w przycisk.


Bane poczuł impuls. Potężna energia aktywowała się ze wszystkich stron. Czyżby ten statek był wzmacniany magią? Szybko jednak zabójca zdał sobie sprawę z tego, że się myli. To nie jest magia. Ta moc jest zbyt znajoma, by była magią.

Ledwo co zerwał się, by się rozejrzeć, a już drewno ze ścian kajuty zaczęło... złazić jak farba. Całe zgromadzenie obserwowało uważnie to całe wydarzenie z niepokojem. Każda ściekająca kropla z kajuty odkrywająca dziwaczną, metaliczną strukturę napawała podróżników przerażeniem. Jedynie Sezefienne siedziała niewzruszona, najwyżej zaintrygowana obecnym stanem rzeczy, ciągnąc do ust herbatkę po cichu.

Minęła minuta i już wszystkim ukazało się błękitnosrebrne, metalowe pomieszczenie. Wokół paliły się różnokolorowe, dziwne światła, w żaden sposób nie przypominające ani ognia, ani zaklęć. Drzwi do kajuty zostały zastąpione przez stalową bramę, obok której wisiała mała skrzynka wypełniona przeróżnymi drutami i wajchami. Z góry paliło się jaskrawe światło.

Sebastian nie zdążył otrząsnąć się z tego widoku, jak poczuł drżenie wydobywające się z miecza. Ku jego zaskoczeniu pochwa broni zaczęła się rozpadać na drobne części, lądując na błyszczącej podłodze w postaci popiołu. Samo ostrze zaś wyleciało w powietrze, by po chwili usadowić się na dłoni Walkera i przytwierdzić się do niej. Majtek poczuł ból i pieczenie, lecz dawał się ponieść energii, która go powoli zaczęła otaczać. Reszta pasażerów obserwowała, jak energia materializowała się w jakiś dziwny kształt...

Minęło parę sekund. Zamiast Sebastiana w drzwiach stało coś przypominające ni to rycerza w ekstrawaganckiej zbroi, ni to dziwnego golema. Z jego ręki wysuwało się cienkie ostrze, na plecach zaś widniał stalowy plecak z przyczepionymi dziwnymi rurami. Z żelaznej głowy najeżonej kolcami wydobywało się czerwone światło.

Sebastian spojrzał przed siebie. Zamiast normalnych ludzkich kształtów widział żółtoczerwone plamy formujące się w sylwetki jego towarzyszy.
- Uruchomiona została sekwencja samoobronna - odezwał się neutralny głos, jak gdyby w jego głowie, choć mógłby przysiąc, że dźwięk dostał się dokładnie do jego uszu, nie przez telepatię.

Ciele wrzasnęła. Avanine zerwała się na równe nogi, szykując się do ataku.


- Przewagę? Zastanów się, o czym mówisz - uśmiechnął się pod nosem gnom, kiwając głową w lewo.

Trallar i Labrador odwrócili się. Najpierw w oczy rzuciła im się Styg, która patrzyła zdumiona za burtę, próbując złapać oddech. Po chwili równocześnie spojrzeli w górę i w miejscu statku Kastore'a ujrzeli... coś.

Coś o kształcie wielkiego pudła.

Stalowego pudła. Z wieloma dziwnymi wystającymi rzeczami.

Unoszącego się nad powierzchnią wody i wzbijającego się w górę przy błysku dziwnych, bardzo jasnych świateł wydobywających się z jego różnych części.

Gdy to coś znajdowało się parę metrów nad powierzchnią wody, cała trójka poczuła wstrząs. Gnoll odruchowo wyjrzał za burtę. Kadłub Wąsonoga również wzbijał się w powietrze, zbliżając się powoli do drugiego "statku". Wydawało się, że jest przez niego do siebie przyciągana, niczym wróg przez czarnoksiężnika. Clawstrong był w stanie ujrzeć wokół masztu dziwną aurę, niby to magiczną, jednak nie przypominającą typowych działań magów.

Mroczny Cień uśmiechał się tylko.


Malatheza'ar rozejrzał się. Magazyn w mgnieniu oka stał się metaliczną ładownią niczym na statku Starożytnych. Wszystko było zupełnie inne niż przed chwilą, jedynie on i Kastore w ogóle się nie zmienili.

Ten drugi wciąż się maniakalnie śmiał, niczym szalony mag dokonujący właśnie eksperymentów na żywych istotach, tworząc przeróżne chimery, hydry czy też beholdery. Można było odnieść wrażenie, że ta cała struktura wokół niego była właśnie jego dziełem, lecz kowal wiedział, że tu chodzi o coś innego. Ten statek nie był stworzony przez Kastore'a. Ten statek został przez niego odkryty.

A raczej - odkryta została iluzja.

Mag cofnął się, po czym odwrócił. Nagle usłyszał huk i poczuł ogromny ból w prawej ręce. Spojrzał w dół. Stracił dłoń. Nawet nie wiedział, kiedy coś mu ją oderwało.

Szybko się zorientował, że jest otoczony przez dziwaczne, smokopodobne istoty, otoczone kablami i świecącymi się elementami. Na brzuchu każdego z nich zamontowane były działa przepełnione starożytną energię. Każde z nich było gotowe do strzału.

Kastore przestał się śmiać i z radością patrzył na Malatheza'ara. Po chwili zwrócił się do niego spokojnie:
- Witamy w prawdziwym świecie.

Lord Pawello PW
1 kwietnia 2012, 14:17
Przerażenie zaczęło ogarniać Sebastiana, nie rozumiał co się z nim stało, wiedział jednak, że nie jest dobrze. Chociaż ten głos w jego głowie świadczył o tym, że raczej ze strony swojego "miecza" nie powinien obawiać się zagrożenia, brak możliwości panowania nad nim mógł stanowić nie lada problem. Poza tym, jego nowi towarzysze nieszczególnie byli zachwyceni jego widowiskową przemianą.
- Spokojnie, spróbuję nad tym zapanować, nie róbcie NIC - powiedział drżącym, niespokojnym głosem, mając nadzieję, że jego głos wydostał się na zewnątrz zbroi. - Może uda mi się czegoś dowiedzieć i pojąć nasze położenie.
Nie wiedząc co właściwie robić jednocześnie pomyślał i powiedział komendy, które, miał nadzieję, jakoś zadziałają:
- Podać raport stanu uzbrojenia i obrony. Raport dotyczący obecnej sytuacji, co tu się kurwa stało?!

Hobbicus PW
1 kwietnia 2012, 14:29
Ze zbroi wydobył się dziwny, głuchy głos, bardzo zniekształcony, choć mimo to zrozumiały:
- Spokojnie, spróbuję nad tym zapanować, nie róbcie NIC!

Elfka zacisnęła miecz w ręku i schyliła się do skoku.

- Uzbrojenie - odezwał się nagle głos w głowie Sebastiana. - Fulerytowy pancerz drugiej generacji wzmacniany aniliną, ze wszystkimi funkcjami standardu CLOA i osłoną magnetyczną. Ostrze klasy M z mieszanki lonsdaleitu, chaoitu i stali. Sytuacja. Statek typu SC-8. Kajuty pasażerskie. Przygotowania do skoku międzyprzestrzennego. Uwaga. Wykryto zbliżające się składowisko energii w odległości dwóch kilometrów. Zalecane. Potwierdzenie tożsamości.

Irhak PW
1 kwietnia 2012, 14:32
- A więc nazywacie Ciszą czas, który został sany na doskonalenie się? Ciekawe - odparł jakby nie przejmując się zbytnio otoczeniem póki co. Rzucając czar regeneracji i leczenia na siebie, zaczął odzyskiwać rękę. - Powiedz mi jedno, skoro już się bawisz mocą pradawnego ludu - odwrócił się do Kastore'a. - Co wiesz o zwwierzchnikach demonicznej rasy zwanej Kreeganami? Co wiesz o wielkiej bitwie, która doprowadziła do tego, że te demony przybyły tutaj? Nie jesteś jedynym, który zna się na tej technologii lepiej od innych - wskazał urządzenie, które Kastore trzymał w ręku. - Mówiąc szczerze, byłem przygotowany na to, że masz broń personalną z dawnych czasów. Nie wiem gdzie znalazłeś ten statek, ale nieźle go zamaskowałeś. Nawet nie czułem jego energii.

Lord Pawello PW
1 kwietnia 2012, 14:37
- Łaał... - wyrwało się Sebastianowi. Mimo przerażenia był zafascynowany swoją nową zabawką, można powiedzieć, że wręcz spełniło się jego marzenie. Nie dość, że dysponował w tym momencie zaawansowaną bronią, to jeszcze znajdował się na prawdziwym Statku Starożytnych. Nagle zauważył, że jedna z kobiet szykuje się do ataku.
- Dobra, nie ma stresu, wszystko mam pod kontrolą - spróbował poruszyć się przy okazji parę kroków do tyłu, aby nie denerwować bardziej swoich kompanów - jesteśmy, zdaje się, na statku Starożytnych i zaraz ruszamy w daleką podróż. Przygotujcie się, bo zdaje się, że zaraz będziemy mieli towarzystwo.

- Zidentyfikuj obiekt, ee.. jeśli możesz... Przy okazji, posiadam jakąś broń dystansową? - Sebastian czuł się bardzo dziwnie mówiąc do siebie. - Eeem... tak właściwie... nazywasz się jakoś? - teraz czuł się zdecydowanie głupio.

Belegor PW
1 kwietnia 2012, 14:54
Trallar zaskoczony tym wszystkim ryknął do cienia:
-Co do jasnej ku*wy się dzieje?! Co to w ogóle za moc? To nie jest żadne zaklęcie. Co to w ogóle jest?!

W jednej chwili działy się rzeczy, o których nawet nie śnił w największych koszmarach. Nie potrafił niczego w logiczny sposób wyjaśnić. Czuł się jak w czyimś śnie, ba koszmarze. Czuł, że traci opanowanie i pewność siebie. Nie wiedział jak się ma zachować.

Trith PW
1 kwietnia 2012, 18:18
Nekromantka rzeczywiście była zaintrygowana niezwykłymi przemianami tak statku, jak i członka załogi, lecz z przyzwyczajenia podchodziła do tego z naukowym spokojem, koncentrując się na obserwacji.

~ Magnificient, nie zaprzeczę, lecz wszelkie znane mi zaklęcia, dynamiczne, półtrwałe i trwałe po prostu nie pasują do zaobserwowanych tutaj zjawisk. Utrzymanie tak potężnej iluzji lub przeprowadzenie tak gruntownej przemiany pochłonęłoby niebotyczne zasoby energii magicznej, nie mówiąc o tym, że nawet osoba bez wyczucia magii by stwierdziła, iż takie miejsce by pulsowało od mocy... A ja nie czuję dosłownie niczego, nigdzie nie widziałam żadnych znaków wskazujących na zastosowanie choćby najmniejszych zaklęć. To musi być coś jednocześnie potężniejszego, a jednocześnie subtelniejszego od wszystkiego, co do tej pory znałam... Muszę zbadać tę niezwykłą magię! ~ wyrwała się z zamyślenia nekromantka, odkładając filiżankę na jeden kufer i wstając ze swojego łóżka (nie ważne, czym ono było teraz, przed chwilą było to jeszcze śmierdzące, niewygodne łóżko). Kobieta w milczeniu i jakby transie otworzyła inną skrzynię i wyciągnęła z niej swoje narzędzia do eksperymentów nad strukturami magicznymi. Pędzel, specjalny preparat do wykonywania okultystycznych znaków i innych ornamentów, kilka kryształów oracz oczywiście jej księga notatek wraz z czerwonym piórem powinny wystarczyć, by rozpocząć badania nad tą dziwną (nekromantka była cały czas święcie przekonana, że) magią.

Sezefienne zaczęła od namalowania na podłodze kilku kwiecistych znaków detekcyjnych oraz symboli diagnostycznych, w których ustawiła kryształy. W zależności od wyników w postaci deformacji symboli, ich świecenia, świecenia lub drgań (w tym tych wywołujących dźwięki) kryształów, dama powinna być w stanie ustalić, z jaką energią ma do czynienia na podstawie wszelkich jej wcześniejszych odkryć...

Kobieta czekała z niecierpliwością i zapartym tchem z piórem i księgą w dłoniach, gotowa zanotować wszystkie swoje obserwacje.

Tak, w ogóle jej teraz nie obchodziło wszystko wokół.
strona: 1 - 2 - 3
temat: [OGÓLNY] Might and Magic: Echo porażki

powered by phpQui
beware of the two-headed weasel