Kwasowa Grota Heroes VIIMight & Magic XDark MessiahHorn of the AbyssHistoria Światów MMSkarbiecCzat
Cmentarz jest opustoszały
jesteś zalogowany jako Nieznajomy
zaloguj się    załóż konto
Jarmark Cudówtemat: [Proza] Majt end Medżyk. Za wino i [cenzura]
komnata: Jarmark Cudów

Field PW
14 października 2009, 19:35
Trochę z nudów... (ta, leżę obłożnie chory) parodia fabuły Might & Magic VII. Jeśli się przyjmie - może będzie część dalsza. Oczywiście na razie to się rozkręca, humor i fabuła (a, to akurat nie moja wina :P) może nie są najwyższych lotów, ale mam nadzieję, że choć raz się przy tym uśmiechniecie.

Inspiracja komiksami Mitabrina (w ogóle twórczość) oraz Heroes of Polska (jeśli ktoś to jeszcze pamięta ;))



No się, do ciężkiej cholery stało.

Momencik, wypadałoby, żebym się przedstawił. Jestem Asthur - jedyny normalny w tej czwórce popaprańców, których razem wpakowano pod uśpieniem na statek gdzieś na jakieś zakuprze, po czym zostawiono na molo i powiedziano: "Powodzenia". I nic, kompletnie nie wiadomo było, o co chodzi, gdzie, co i jak. Ja - wielki mag, nie mam kompletnie nic do powiedzenia? Normalnie prawie mnie rozniosło.

Oprócz mnie na statku przebywali również: Alvorea, kleryk i wredna zdzira, paladyn-tłuk Boo oraz niedorozwinięty krasnal-wojownik, którego imię zaczynało się jakoś na "D", miało w sobie dużo "h", "r" i kończyło się na "x". Alvorea nazwała go Dumkopf - też niby skomplikowane, ale przynajmniej wymawialne.

No więc stanęliśmy na tym molo. Popatrzyłem się przed siebie - morza szum, ptaków skrzek, ogólnie wilgoć i zimno, a po plaży biegali jacyś wieśniacy. Kiedy spojrzałem dalej, doszedłem do wniosku, że faktycznie - w takich ruderach, w jakich oni mieszkają, sam bym nie chciał przebywać dłużej, niż to konieczne.

A, zapomniałem. Oprócz nas była jeszcze jakaś blond-elfia lola. Właściwie to nie wiem, po co ona była, bo cały czas się uśmiechała i mówiła: Witamy w centrum pomocy Szmaragdowej Wyspy. Aby poprosić o pomoc - wybierz 1. Aby poprosić o wyjaśnienie, o co tu chodzi - wybierz 2. Aby umówić spotkanie z Wieszczem - wybierz 3. Przypominamy, że udzielone tu informacje nie stanowią porad medycznych ani też spoilerów, a przed użyciem każdego zwoju należy zapoznać się z instrukcją dołączoną do Certyfikatu Jakości Bracaduum. Życzymy miłego korzystania z serwisu informacyjnego.

Oprócz jej jojczenia, słychać było jeszcze jakieś trąbki. Problem polegał na tym, że kłócący się Alvorea i Boo oraz komentujący wypowiedzi punktu informacyjnego Domkopf zagłuszyli go totalnie. Cóż, harmider niezły, jak na jeden kawałek ziemi w środku oceanu.

W momencie, gdy chciałem ją spytać, o co tutaj chodzi i co tu robimy (bo chyba była to wspomniana Szmaragdowa Wyspa), Dumkopf wyrzucił ją do oceanu. Nie ma jak zdrowa nienawiść rasowa.

__________

- Dlaczego to zrobiłeś, kretynie? - wrzasnęłam.
- Bo uszy były za długie. - wyburczał ślepy zaułek ewolucji brody.
Świetnie. Kompletnie z nich pożytku. Boo siedział i się modlił o rozeznanie, w którą stronę mamy pójść, a Dumkopf i Asthur awanturowali się jak dzieci o elfkę.

Stwierdziłam, że nie ma co się zastanawiać nad ich zachowaniem i złapałam pierwszą lepszą wieśniaczkę. Jak się okazało - trzeba było sobie dać spokój:
- HEEEEJ! Jestem Ailyssa! Naczelny bard Szmaragdowej Wyspy. To bardzo ekscytujące te zawody, prawda? Słuchaj, bo ja mam taką lutnię, a ostanio mnie trochę z kasą przypiliło...
- Czy lutnia nie powinna być czymś bezcennym dla ciebie? - zapytałam podejrzliwie.
Ailyssa się popatrzyła na mnie jak na wariatkę. Po chwili czknęła, wydając z siebie zapach taniego piwska i rzuciła: - A po kiego? Mam lepszy pomysł. Umiem grać na tym! - po czym wydała z siebie przeciągłe pierdnięcie, zarechotała niczym stara czarownica i podrapała się po tyłku. - To jak? Lutnia za pięć stówek, stoi?
- Biedne dziecko... - zaczął Boo. W tym momencie przerwał mu Asthur:
- Stówa za to, że się odczepisz i powiesz, kto nam może udzielić jakiejś sensownej informacji, co się tu wyrabia?
- Sto pięćdziesiąt i się poczujesz jak w niebie. - obszczerzyła się bardka, ukazując garnitur spróchniałych zębów.
- Pięćdziesiąt i wyjdziesz z tego cało? - rzucił wściekły Dumkopf dodając coś po krasnoludzku.
- Ok. - zamrugała bardka-prostytutka.
- Zrzuta, panowie - zaklaskałam.

__________

Okazało się, że żadne z nas nie miało pieniędzy, poza paroma miedziakami. W końcu, po jakiejś godzinie targów oraz po oddaniu dwudziestu sztuk złota, majtek Alvorei, mojego sygnetu, niedopitej butelki krasnoludzkiej whisky i bliżej nieokreślonej informacji, że tak, kiedyś przyjdę ją ukochać, dowiedzieliśmy się, że mamy iść do dworku Lorda Markhama, bo podobno on coś organizuje i przywiózł różnych dziwnych ludzi tutaj.

Cóż, przynajmniej nie byliśmy sami.

Jednak idąc w kierunku dworku oraz potykając się o kocie kupy i poirytowane psy, zauważyłem, że coś ci ludzie dziwni. Z gospody wyleciał przez drzwi jeden wieśniak, a za nim wypadł jakiś umięśniony południowiec z przyczepioną różczką do ręki w towarzystwie rudego psokota, kota w koronie siedzącego na golemie oraz chłoptasia z mieczem większym ode mnie, natomiast już pod dworkiem rozlokowana była jakaś grupka ludzi wyraźnie zainspirowana elfami, mówiąca coś, że "Trawa się zieleniwszy i lesiście bywszy ogródek blablabla."

Dumkopf, gdy ich zobaczył, obszczerzył się radośnie i rzucił do paladyna:
- O, jacyś twoi. Też nawiedzeni, dołączysz?

I popełnił błąd. Usłyszeliśmy piętnastominutową tyradę o zagubieniu biednych dusz tych delikwentów. Oczywiście Boo stwierdził, że właściwie to moglibyśmy do nich podejść i on by im wyłuszczył naturę prawdziwej ścieżki. Im, mnie, krasnalowi i wrednej zdzirze, która w tym momencie wytrzeszczyła oczy i się spytała, czy Boo ma jakiś problem z tym, że ona, jako kobieta jest kapłanką. Bo jak tak, to ona może mu szybko wyjaśnić problem.

Boo już chciał się odezwać, kiedy to Dumkopf rzucił między nich siekierą. Ostrze walnęło w drzwi wejściowe "dworku" (o ile dworkiem można nazwać trochę większą ruderę), a same drzwi wypadły z zawiasów z hukiem. Towarzyszył temu czyjś wrzask.

- Wy tak załatwiacie spory? - spytałem bez przekonania.

- Nie, u nas to element terapii małżeńskiej. - odpowiedział całkiem poważnie krasnal. Alvorea popatrzyła się tylko na niego i weszła do środka.

_________

I w środku się zaczęło. Boo coś padł na kolana i bełkotał, mniej więcej równie składnie, co ten stary zgrzybiały i zapijaczony dziad za biurkiem. Lord Markham, bo tyle udało nam się zrozumieć, gapił się na mój biust jak sroka w gnat, próbując sklecić jakieś zdanie. W końcu przerwałam i rzuciłam:

- Przepraszam najmocniej, ale głowa jest wyżej.

W końcu, po godzinie słuchania o artretyzmie oraz innych pijackich majaczeniach, okraszonych stertą dowcipów o cyckach i blondynkach (chyba się przefarbuję), dowiedzieliśmy się, że:

a) jesteśmy tutaj porwani i będziemy się bawić w grę drużyn
b) kto wygra, zyska wolność
c) kto przegra, do końca życia będzie zaspokajał wszystkich singli na wyspie (jak się okazało, do tej grupy zaliczali się też sam Lord i Ailyssa) oraz śpiewał co wieczór w gospodzie
d) żeby wygrać, trzeba przynieść...

_________

- CO?! - wrzasnąłem. Lista była wręcz idiotyczna, przypominała skrzyżowanie sprawunków na targ z listą przedmiotów do żłóbka dla alkoholików. Oto, co było:

- Wino Apollo Classic Deyija Aperitif
- muszelka
- łuk triumfalny (cokolwiek to miało nie być)
- płytka podłogowa z toalety w świątyni księżyca, jako że Lordowi się bardzo spodobały i sam chciał takie w wychodku
- LUTNIA (tu oczy wszystkich stanęły w słup)
- frymuśny kapelusz
- jego pluszaka, którego mu ukradła poprzednia drużyna (zwątpiłem)

W tym momencie było jasne: trafiliśmy do PIEKŁA.

dambibi PW
14 października 2009, 20:30
Syte ;d. Chcę jeszcze!

Field PW
15 października 2009, 22:31
Z winem było najłatwiej. Kupienie pierwszej lepszej pryty w gospodzie nie powinno było nastręczać dużej ilości problemów... Gdyby nie fakt, że gospoda była przepełniona, a ostatnia butelka znajdowała się na stoliku widzianej wcześniej przez nas ekipy. Jak się okazało, oprócz psokota, mięśniaka, chłoptasia i kota z golemem, był tam jeszcze blondyn ze skrętem i włócznią, jakaś nastolatka i panna z pięściami większymi od swoich piersi.

Zdobyłam się na swój najszerszy i najbardziej przekonujący uśmiech. Podchodząc do nich zapytałam:
- Hej, chłopcy, macie ochotę na towarzystwo?
Wtedy mięśniak popatrzył się spod byka.
- Mmm... jaką masz różdżkę... - usłyszałam za sobą krasnoludzkie przekleństwo. Dumkopf chyba nie chciał rozwiązać tego pokojowo. Chłoptaś rzucił na mnie okiem i powiedział:
- Sorry, laska, ale dziwki już mamy.
W tym momencie tamte panienki dostały dziwnego wytrzeszczu oczu.
I w tym momencie Boo postanowił przejąć inicjatywę.
- Cni rycerze i... niewiasty. My tylko chcieliśmy poprosić was o łaskę i ofiarowanie nam tej oto butelki...
- Pryty. - wtrącił Asthur. Boo zmierzył go wzrokiem z gatunku "zgiń, przepadnij". Asthur, jak gdyby nigdy nic, olał palanta i rzucił:
- Słuchajcie, jest taka sprawa. Potrzebujemy tego tutaj wina, bo nasz wysoki inaczej przyjaciel - tu mag obrócił się teatralnie w kierunku Dumkopfa - jest obłożnie chory na, tę, no delirkę i potrzebuje klina. To jak? W zamian dostaniecie na godzinę tę tutaj oto apetyczną pannę. - po czym klepnął mnie po tyłku.

I się zaczęło. Przylałam mu. Asthur wrzasnął, Dumkopf przywalił Boo (bo chyba po prostu musiał), przyłączył się do nas ten ciemnoskóry, dziewczyny schowały się pod stołem, chłoptaś zaczął się drzeć, że mu się paznokcie połamią, kot zeskoczył z golema i biegał jak głupi po sali, a to rude coś wypruło w stronę baru.
Natychmiast przewinęłam się koło stolika, złapałam butelkę i wyprułam z gospody.

Pół godziny później wyszli Asthur, Boo i krasnal - wyraźnie poturbowani i wkurzeni. Zrobiłam znów swój uroczy uśmiech i zamachałam butelką.

- Zdzira. - warknął Asthur i zdzielił Dumkopfa przez łeb.
- Au! Za co?!
- Musiałem odreagować. - wyjaśnił mag i poszedł przed siebie.

________

No to teraz już wiecie, dlaczego Alvorea jest wredną zdzirą. To było jasne - panna nas wykorzysta i sama zwieje ze skarbem. Od tej pory postanowiłem patrzeć na jej ręce. Cóż, mniej piękne niż biust, ale za to bardziej niebezpieczne.

Tak, czy inaczej - wino zostało zdobyte. Teraz trzeba było pilnować pokurcza, żeby przypadkiem tego nie wychlał. Po dłuższym zastanowieniu nad listą uznaliśmy, że najbezpieczniej będzie po prostu pójść spać. Z gospody, siłą rzeczy, skorzystać się nie dało, ale palant dostał przebłysku inteligencji i rzucił:
- Słuchajcie, widziałem jakąś jaskinię niedaleko Markhama. Może tam się zbunkrujemy?

Z dwojga złego przynajmniej można by rozpalić ognisko, bo wiało niemiłosiernie na tej wyspie. Pofatygowaliśmy się, mijając dalej zieleńców i weszliśmy do jaskini. Ciemno niemiłosiernie, szczury biegały, ale jakoś dało się usiąść. Dumkopf wyciągnął hubkę i krzesiwo i próbował coś wyczyniać. Klął przy tym niemiłosiernie, aż w końcu jasny płomień z hukiem rozpalił drewno.

- To ty? - zapytałem. Mina krasnoluda wyrażała ciężki szok pourazowy.
- Nnnieee.... - i w tym momencie usłyszeliśmy ryk, a za Alvoreą - żółte ślepia.
Zdzira siedziała lekko wytrzeszczona:
- Czy...
- Cicho. - wyszeptałem. A co zrobił palant? Porwał swój przerdzewiały kozik i rzucił się z wrzaskiem na smoka. Alvorea skoczyła przez ogień, przypalając sobie ciuchy, biegła jak oszalała przez grotę i potknęła się w końcu. Zamiast łup, niczego nie usłyszeliśmy. Poza rozwścieczoną gadziną.
- Uciekajmy! - krzyknąłem.
- VERPISS DICH! - wrzasnął Dumkopf.
- Na potęgę posępnego czerepu! - ryknął Boo.
- MAM MISIA! - krzyknęła Alvorea.

Wszyscy zamarli. Pierwszy zareagował - o dziwo - Boo:
- SPADAMY!
Smok ryknął.
Dosłownie nas wywiało z jaskini płomiennym oddechem.
- To co? Noc pod gwiazdami? - spytałem z przekąsem.
- Może zieleńce nas przyjmą. - zaproponowała Alvorea.
- Może. - westchnął smętnie Boo i podreptał mamrocząc coś o zmarnowanej szansie na potwierdzenie swojego powołania.

Field PW
24 października 2009, 13:52
Zieleńce wcale nie należeli o takich najgorszych ludzi. No, owszem, byli zdrowo walnięci, ich leksyka sprawiała co najmniej dziwne wrażenie na potencjalnym rozmówcy, ale przynajmniej nie było mowy o robieniu wyrzutów – przynajmniej nie takich, jak to je serwował nasz dyżurny palant, obłożony jakimś zielskiem kojącym oparzenia i wyjątkowo przytomnym jak na kogoś, kto jeszcze parę minut temu był padnięty. Gorzej tylko, że od razu, gdy został obsłużony, wziął się za ewangelizację. W pewnym momencie do Asthura przyszedł jeden z nich, nachylił się i rzucił:
- Albo wy uciszywszy waszego znajomego, albo zieloniutkie się poirytowawszy i wyrzuciwszy was z miłego, cieplutkiego, zieloniutkiego.
Asthur po dłuższym zastanowieniu podszedł do Boo, uśmiechnął się ładnie, zamachał rękami i odszedł. Puszka próbowała coś powiedzieć, jednak z jego ust wydobywał się tylko rechot żaby, ku wielkiej radości zieleńców. Popatrzyłam na niego z dezaprobatą.
- Ciebie mogę całkiem zamienić w żabę. Więc nawet nie próbuj. - warknął ostrzegawczo, obrócił się na drugi bok i poszedł spać.

____________

Pierwszy dzień za nami. I Starożytnym dzięki - jeżeli znalezienie pozostałych elementów tej cholernej listy będzie równie nieprzyjemne co misia i wina, to na poważnie zacznę się zastanawiać nad pozostaniem na wyspie. Zieleńce wyposażyli nas w odrobinę żywności, po czym odesłali z przykazaniem, żebyśmy nie wracali.

Alvorea, znana ze swoich dwóch talentów dyplomatycznych, postanowiła się wywiedzieć, gdzie można znaleźć muszle oraz wejście do Świątyni Księżyca. Odpowiedź na pierwsze pytanie streszczała się do informacji, że gdzieś za wąwozem powinien się znajdować ukryty skarb piratów. Natomiast co do Świątyni Księżyca... Wieśniacy dziwnie milkli i uciekali. Albo uciekali wcale nie w cichy sposób, bo z wrzaskiem sugerującym, że chcemy im coś zrobić.

Rekonesans po wsi pokazał również, że tutaj kiedyś też musiała dotrzeć cywilizacja. Co prawda była ona w stanie praktycznie szczątkowym - raptem parę kramików i dwie gildie - ale coś się dało znaleźć. Niestety, ceny dorównywały tym na Pustyni Bracada. Efekt był taki, że łaziliśmy w kółko z niczym – Boo jakoś wyżebrał dla nas darmowe lekcje łuku, jednak po wyjściu ze swojej miał problemy z usiedzeniem na tyłku przez dłuższą chwilę. Cóż, Alvorea po dłuższym zastanowieniu doszła, że Dumkopf jako kurdupel będzie niezauważony i kazała mu ukraść coś, co strzela.

No i łuki mieliśmy. Podobnie jak wilczy bilet do kowala. Nawet negocjacje w wykonaniu palanta nic nie dały. Paladyn zresztą nie chciał się dzielić swoimi metodami. Jak to skomentowała Alvorea - może to i lepiej.

_________

No dobra, najwyższy czas wyruszyć w stronę tego wąwozu. Właściwie to ta wyspa była całkiem ładna - tu drzewka, tam kwiatki, ładne wapienie i...

...cholerne ważki. Pierwszą falę rozwścieczonych, łuskowatych mend jakoś jeszcze odparliśmy. Ale kiedy pojawiła się brokatowo-różowa królowa z maleńką koroną na głowie, jazgocząca ZAAAAAAAAAAAABIIIIIIIIĆĆĆĆĆĆ!!!, zwiewaliśmy ile sił w nogach. W końcu wpadliśmy do wsi, a za nami te poczwarki. Zanim straż wiejska poradziła sobie z nimi, zdążyły wyrżnąć pół wsi. Zdaje się, że na sukcesy nie dało się liczyć.

Siedzieliśmy jak te ostatnie sieroty na kamieniu w środku bajgla pozostawionego przez ważki. Po chwili przyszedł jakiś dziwnie wystrojony facet – właściwie kompletnie tutaj nie pasował. Uśmiechnął się, podrapał po gęstej, czarnej brodzie i powiedział:

- Drużyna? Hem? - Asthur zmierzył go wzrokiem, Dumkopf zignorował, a Boo dalej jęczał, że nie daruje sobie tego, co zrobił wieśniakom, że sprowadził apokalipsę i takie tam. Gość, kompletnie niezrażony brakiem zainteresowania, perorował dalej: - Mam coś, co wam może się przydać. O, tak, potężna broń. Chcecie? Darmo.

Asthurowi zabłysły oczy. Cholera jasna, widać, że mag nie ma co robić, tylko defraudować pieniądze. Moment, on mówił, że za darmo...

- Chwila. - odezwałam się. - Nie ma nic za darmo. Zwłaszcza, jeśli to potężna broń. Co to jest tak w ogóle?

Mężczyzna schylił się, wyciągnął z zapyziałej torby różdżkę… alakornową.
- Ogień. - uśmiechnął się. - Ogniste kule. Nówka.

Asthur złapał ją i zaczął oglądać. W pewnym momencie różdżka sypnęła iskrami, a chwilę później jeden z domów stanął w ogniu.

- Chcecie? W zamian po prostu wyświadczycie mi przysługę. Niewielką. Jak wygracie.

- Nie. - rzuciłam w momencie, gdy Asthur powiedział - Tak.

Mag popatrzył się na mnie i schował ją do kieszeni.

No to super. Jeszcze tego brakowało.
_____________

Problemu z ważkami już nie było. Właściwie to kotlina, do której weszliśmy, przypominała gigantyczne barbecue ze swądem spalenizny.

- Dobra, byle szybko - warknęła Alvorea, wciąż nie mogąc mi darować przyjęcia różdżki. Oczywiście - problemu większego nie było, przysługę można wyświadczyć, a te skrzynie w kamiennym kręgu... Zaraz, kamiennym kręgu?

Za późno. Boo wyszedł z osmalonymi brwiami.

Skarb faktycznie był, nawet przyzwoity: naliczyliśmy około 2000 sztuk złota, a oprócz tego znaleźliśmy ten frymuśny kapelusz i... muszlę z napisem "Pamiątka z Wyspy Evenmorn".
No, to teraz jeszcze tylko płytka i...
...bałałajka. Czy niby że lutnia.
Zmęczony Boo usiadł. I jęknął. Wciąż go ten tyłek bolał?

Field PW
27 marca 2010, 12:23
Po pierwsze: było ciemno.
Po drugie: było ciasno.
A po trzecie: nikt z nas nie był w stanie uwierzyć, że to Świątynia Księżyca.

To znaczy: niby był portyk nad wejściem, niby to, niby tamto, ale... Pierwsza postanowiła się zapuścić w teren zołza. Z wyczekiwaniem trwaliśmy, aż coś się wydarzy. I nagle usłyszałem ten wrzask. Wrzask pełen...
...bynajmniej nie ekstazy.
- LATAJĄCE MYSZY!!!
W tym momencie palant, jak to jego rodzaj ma w zwyczaju, puścił się pędem. Podobnie zrobił krasnal, więc nie pozostawało mi nic innego, jak tylko pójść za nimi.
A potem nagle usłyszałem drugi wrzask, tym razem zbiorowy i po chwili zrozumiałem, o co chodziło.
No cóż, potknąłem się i zacząłem lecieć w dół. Po drodze nie wierzyłem, że faktycznie to coś może doprowadzić do świątyni. Owszem, spadając widziałem kandelabry, gobeliny, jakieś elementy zastawy stołowej, trochę broni, pająki, nietoperze, dziewczynkę w niebieskiej kiecce, która leciała również na łeb na szyję...
A w momencie, gdy ujrzałem białego królika z zegarkiem w ręku, łupnąłem o ziemię tuż koło reszty moich, nazwijmy to, towarzyszy.

__________

Jeśli uważacie, że Asthur na coś się przydał, to się grubo mylicie. Najpierw nas zbluzgał, a następnie, mamrocząc coś o drodze, z której się nie wraca, poszedł przed siebie, świecąc sobie nad głową jakąś magiczną lampką. A potem sam się rozdarł jak dzierlatka, której poziom wyrzucał mi przez cały czas, w jakim zbierał się z ziemi. Królik niestety nie miał szczęścia, bo wylądował koło krasnala. Dumkopf walnął go na odlew siekierą, zgarnął zegarek i powiedział, że przynajmniej będziemy mieli obiad. Paladyn coś urągał, ale pokurcz tylko warknął:
- No co, idiotkę puściłem wolno. Ciesz się chociaż z tego, scheisse.
Faktycznie, dziewczynka w błękitnej kiecce nie nadawała się zbytnio do jakiejkolwiek rozmowy. Popłakała się, kiedy zobaczyła, jak skończył królik, po czym, z błędnym spojrzeniem i pijanym krokiem oddaliła się od nas.
Potem krzyknęła raz jeszcze i ślad po niej zaginął.
- Pająki ją zabrały. - powiedział ponuro Asthur po powrocie z rekonesansu. Ale przynajmniej teren czysty, bo zwierzaki najpierw ustawiły się szpalerem w przejściu, a potem zaczęły coś gadać o wyścigu kumotrów i ją zgarnęły.
- Jakie zwierzaki? - zainteresował się palant. No tak, tutaj jaskinia bez wyjścia, a ten debil robi przegląd miejscowej fauny i flory.
- No, szczury, pająki, nietoperze, dodo było...
- Dodo? - spytał Boo.
- Taki ptak. - odparł Asthur z wyraźnym zmęczeniem w głosie.
- Dobra, dosyć. Coś widziałeś naprawdę godnego uwagi? - przerwałam.
- Podmurówkę.

_________

Więc to była ta świątynia. Teraz, bez tych szkodników, można było lepiej się przyjrzeć... gdyby było się czemu przyglądać. Dobra, niby jakieś tam kolumny, ładnie, marmury, wzorki, zapalone pochodnie...
- Moment, dlaczego te pochodnie się palą? - spytałem.
- Magia. - odparła zołza.
- Magia magią, ale to świątynia księżyca, u nich zawsze jest ciemno. - odpowiedziałem. - Kiepsko cię przyuczyli, panno. - oczywiście trzeba było wykazać się wyższością intelektualną.
Alvorea prychnęła i poszła w swoją stronę.
- LUDZIE! - wrzasnęła.
- CICHO, BO NAS ZAUWAŻĄ! - ryknął Dumkopf.
Już miałem walić głową w ścianę, kiedy usłyszałem:
- A wy tu czego?
- Eee... zgubiliśmy się i szukamy wyjścia. - odparłem z możliwie szczerym uśmiechem kafarowi z mieczem. W tym momencie koło mnie przeleciała struga ognia. - Jest tu jakiś mag? - jęknąłem.
- Nie, to zabezpieczenia. Kiedyś dawano tu koncerty i trochę się nam pirotechnika zepsuła. A co do wyjścia - wróćcie, skąd przyszliście i w lewo, będą schody.
- Jakie schody, kiedy my spadliśmy przez jakąś dziurę! - wrzasnęła Alvorea.
- Trzeba było iść w prawo od wejścia, a nie prosto. - zarechotał strażnik. - Ej, pokurcz, co ty tam odstawiasz?
Wszyscy spojrzeli na Dumkopfa, a ten... Podważał płytki podłogowe. Szarpnął w końcu jedną i zaczął chować za pazuchę.
- WON MI STĄD! - ryknął strażnik - A ZA DEWASTACJĘ MIENIA PUBLICZNEGO GRZYWNA!
Alvorea z niechęcią zaczęła się rozbierać.
- Sorry, I'm gay. - dodał strażnik.
Palant na to dostał wytrzeszczu i pierwszy zaczął uciekać.
Przynajmniej jedna sprawa się wyjaśniła.

________

Kwestię lutni pominiemy. Dość powiedzieć, że po wykaraskaniu się ze świątyni i znalezieniu schodów, natknęliśmy się znowu na bardzię, która wciąż miała ochotę na seks. Transakcją wymienną wysłaliśmy krasnoluda na tę bohaterską misję, bo Boo stwierdził, że składał śluby czystości (na co Asthur zaśmiał mu się w twarz), Ailyssa zastrzegła, że jest hetero, a nasz pseudo-mag arbitralnie stwierdził, że Dumkopf powinien mieć najmniej problemów, bo u nich i tak nie sposób odróżnić kobiety od faceta, a wiadomo, że krasnoludy to nie są jacyś przystojniacy.
Krasnal w końcu wrócił z lutnią oraz dziurawą kieszenią. Franca go okradła.

Poszliśmy zatem objuczeni niczym wielbłądy do Markhama. Dziadyga najpierw w ogóle nie sprawiał wrażenia, żeby kojarzył, że zmajstrował jakiś konkurs. Po dłuższej chwili, w której konsultował się ze swoimi papierami oraz jakimś służącym, obszczerzył się i dodał:
- A, wspaniale! Zatem zostajecie teraz deportowani z wyspy wprost do waszego ślicznego, nowego zamku.
Wszyscy popatrzyliśmy dziwnie po sobie.
- Lordowie Harmondale, nie brzmi to dumnie?
- Jego miłość, khm, mówi o tej zapadłej dziurze, której największym osiągnięciem było zwycięstwo w konkursie na najbardziej fantazyjny wzór z liszaja?
- Oooj, moje złotko. - w tym momencie pożałowałam, że zadałam to pytanie. - To tylko tak się mówi. Cisza, spokój, dwie wioseczki, łąki łan...
- ...i gobliny - szepnął służący, za co został zdzielony lutnią.
- No, w razie czego możecie jeszcze wylądować w więzieniu w Tatalii.
- Bierzemy. - wrzasnął histerycznie paladyn.


________

I się zaczęło. Pałac przed nami przypominał mutację donżonu po aranżacji w wykonaniu dekonstruktywistów, kromlecha, statku, stajni i burdelu. W tej kolejności. Majordomus wręczył nam klucze i powiedział, że on ma parę spraw do załatwienia i że będzie czekał w miejscowej tawernie.
Chciałem włożyć klucz w zamek. Naprawdę chciałem. Niestety drzwi wypadły z zawiasów w momencie dotknięcia ich.
W środku było ciemno, brudno, kupy śmieci, kupy-kupy, jakieś szczury.
I ten smród.
- Gobliny. - warknął Dumkopf.
Po raz pierwszy cieszyłem się, że mamy tego krasnala.

Zealot PW
1 kwietnia 2010, 04:25
po tak sporej przerwie czuć mały niedomiar klimatu, jednak wcale nieźle to napisałeś - czekam na odcinek z narracją ze strony krasnala ^,,, ^

Alamar PW
31 maja 2010, 14:16
I gdzie ten apdejt?

Alamar PW
19 października 2010, 16:39
To co wcześniej. :P

vinius PW
19 października 2010, 19:53
Pamiętaj, Alamarze, że niecierpliwość cechą ludzi niecierpliwych!

Hobbicus PW
19 października 2010, 20:05
Easy, Alamar, easy, vinius, posłuchajcie sobie, a wszystkie problemy same się rozwiążą...

Irhak PW
20 października 2010, 12:16
Cytat:
I gdzie ten apdejt?

Też się zastanawiam...

dominikcz PW
21 lutego 2011, 18:08
Dobra, minął już prawie rok, a ja tu nie widzę ciągu historyjki.Człowieku, to jest wciągające i zabawne, więc kontynuuj.

Mitabrin PW
21 lutego 2011, 19:47
O moje komiksy się już nikt nie upomina... :/

Haregar PW
21 lutego 2011, 19:53
Mitabrin:
O moje komiksy się już nikt nie upomina... :/
Bo nie ma o co się upominać. :F

Alamar PW
25 sierpnia 2011, 19:45
temat: [Proza] Majt end Medżyk. Za wino i [cenzura]

powered by phpQui
beware of the two-headed weasel