Kwasowa Grota Heroes VIIMight & Magic XDark MessiahHorn of the AbyssHistoria Światów MMSkarbiecCzat
Cmentarz jest opustoszały
jesteś zalogowany jako Nieznajomy
zaloguj się    załóż konto
Jarmark Cudówtemat: [opowiadanie] Słudzy (Belketh x Merikh)
komnata: Jarmark Cudów

Thetinir PW
31 sierpnia, 20:58
Cześć.

Zainspirowana wypowiedziami Grotowiczów w pewnym nieistniejącym już temacie, próbowałam porwać się na stworzenie upragnionego Roland x Gelu. Poczułam się niemal wywołana z tłumu, bo od dłuższego czasu zajmuję się pisaniem różnych tekstów, ale niewiele z tego wyszło.

Muzę odnalazłam w Ashanie. Po poczynieniu stosownych przygotowań, zaczęłam pisać, a efekt przedstawiam tutaj z nieukrywaną radością.

Większość zdarzeń, które przedstawię, istnieje w fabule Might and Magic. Staram się nadać im nowy wymiar i wyjaśnić kilka kwestii, które wydały się niejasne w trakcie moich przygotowań.

W tej chwili przewiduję sześć części tekstu, który w sumie będzie liczył siedemnaście rozdziałów o długości zbliżonej do poniższego. Część pierwsza, składająca się z czterech rozdziałów, jest już zakończona, a dalsza publikacja zależy od przyjęcia w Grocie.

Życzę miłego czytania i zapraszam do pisania opinii.

Część 1
Rozdział 1
Blade refleksy światła mknęły po czarnych, wypolerowanych ścianach Al-Betyl. Wiatr wściekle tłukł w nieliczne szyby, rozbijając o nie ziarenka piasku. Chłodne, rześkie powietrze wypełniało okolicę i z pewnością drażniło płuca żywych mieszkańców. O tej porze ulice był puste. Brukowane ścieżki ciągnęły się jak labirynt w głąb miasta, pomiędzy budynkami, aż do świątyni, położonej w centrum. Każda kamienica, każda biblioteka, każdy znak… Wszystko, co tylko się dało, ozdobiono pajęczym symbolem. Ta mania urosła do tego stopnia, że jakiś czas temu wzniesiono świątynię poświęconą pająkowi.
Chyba dlatego Belkethowi zbrzydło oglądanie świtów. Zszedł z szerokiego parapetu i zamknął okno wysokie prawie jak on sam. Kazał je tu umieścić specjalnie po to… Przez moment stał tyłem do miasta, patrząc na swoją sypialnię. W głowie nie rodziła się żadna konkretna myśl. Pozwolił sobie na chwilę tego bezczynnego odpoczynku, korzystając z tej pustki.
Dopóki jego dłoni nie dotknęło coś małego. Belketh spojrzał w jej stronę kątem oka. Pająk, nie większy niż moneta, przebierał długimi nogami pomiędzy jego palcami. Bez wahania, archont zacisnął palce, miażdżąc między nimi stworzonko. Wygięło się w dziwacznej pozie, wypluwając z siebie kroplę zielonkawej mazi. W następnej chwili ciałko szkodnika leżało na podłodze.
Nie powinni go za to spalić na stosie. Tym bardziej, że pająki notorycznie plotły sieci w jego rezydencji, a Belketh lubił porządek. Zawsze pilnował ładu zarówno w pracowni jak i w posiadłości. To pozwalało na lepsze skupienie. Służba mogła zająć się tuzinem innych spraw, zamiast po raz wtóry ściągać zakurzone pajęczyny z kątów.
Momentami wcale nie dziwił się Sandro. Ludziom zdarzało się wątpić… I choć od tamtej chwili minęło prawie czterdzieści lat, uczeń nadal zaprzątał głowę Belketha. Czy to nie od tego feralnego wygnania pojawił się ten dziwny stan ciągłego napięcia i niepokoju? Belketh sam siebie przyłapywał na irracjonalnym gniewie, skierowanym wobec własnych dzieci, uczniów czy Merikha – jego osobistego egzekutora, następcy Veina, wiernego kata, który rozkazy wykonywał ze skinieniem głowy.
W tym mieście pełnym pająków i fanatyków, którzy zamiast skupić się na pogłębianiu wiedzy, wznoszą modły do Matki Namtaru, Sandro mógł oszaleć. Gdyby nie Asha, Belketha również mógłby czekać ten sam los.
Pogubił się… Postradał zmysły… Od zawsze był zdolnym, bystrym chłopakiem, którego talent rozkwitł. Geniuszom zdarza się pobłądzić. Zwątpienie sprowadziło go na złą ścieżkę, ale wystarczyło przeczekać ten okres.
Sandro z pewnością na nowo ujrzy potęgę Ashy.
A przynajmniej tak wolał myśleć Belketh. To niemożliwe, żeby odwrócił się od niego jego najbardziej niesamowity uczeń, którego darzył takim uczuciem. Z pewnością doceniał decyzję o wygnaniu i rozumiał jak wiele to kosztowało jego mistrza.
Dla ojca nie istnieje zbyt duża ofiara.
Nawet jeżeli wiąże się z odejściem innego dziecka, szukaniem nowego egzekutora i niezrozumieniem wśród pobratymców.
Belketh opuścił sypialnię, licząc, że za jej progiem pozostawi rozmyślenia na temat Sandro. To stało się już dość dawno, żeby móc puścić to w niepamięć. Czekał na niego dzień pełen ciężkiej pracy na chwałę Ashy i domu Eterny. A może już Kultu Pajęczej Królowej? Nieważne pod jaką nazwą, Belketh działał dla wspólnoty.
Lecz co zrobić, jeżeli fanatyzm innych nekromantów jeszcze wzrośnie? Czyż zapomnieli, że przede wszystkim służyli Ashy, a nie bluźnierczemu wcieleniu jej koszmarów?
Im dłuższe życie, tym więcej zmartwień…
– Witaj, wielki archoncie. – Ostry głos Merikha, idealnie pasujący do jego profesji, rozbrzmiał w korytarzu. Belketh odwrócił się w jego stronę. Nadal wolał go w zbroi, a nie w lekkich szatach, które nosił w rezydencji, lecz nie powiedział ani słowa.
– Dzień dobry, Merikhu. – Belketh postąpił kilka kroków naprzód, żeby – jak codziennie rano – pochylić się i pocałować Merikha w policzek. Tak trzeba. Tak żyją ludzie w związkach. Tak robią małżeństwa, a oni żyli obok siebie już dość długo, żeby móc się za nie podawać. Jednak widok Merikha nie budził w Belkecie już żadnych emocji, za wyjątkiem monotonii i znużenia. Przed laty może było inaczej…
– Zapraszam na dół. – Oświadczył, kłaniając się nieznacznie. Belketh spojrzał na niego podejrzliwie. Czyżby o czymś zapomniał?
– Mamy gości? – Zapytał, starając się brzmieć na zaskoczonego, wydobyć z głosu nieco więcej emocji niż zawsze. To zdało się na nic – nadal wyrażał się jak nauczyciel w akademii, objaśniający meandry nekromancji niewtajemniczonym uczniom. Robił to coraz rzadziej, wolał nauczać prywatnie i więcej czasu poświęcać na własne badania. Gdyby miał codziennie oglądać całą salę wypełnioną młodymi, pozornie spragnionymi wiedzy fanatykami, którzy tylko szukają potwierdzeń dla swojej niezachwianej wiary, znienawidziłby akademię.
– Nic z tych rzeczy. W jadalni czeka na ciebie ciasto z życzeniami z okazji urodzin. – Jak widać, nie tylko Belketh borykał się z tym problemem. Merikh nawet takie słowa wypowiadał, jakby odczytywał wyrok śmierci na zbrodniarzu. To się dopiero nazywa mieszanie pracy z życiem osobistym. Wręcz żyli swoją pracą, stworzyli z niej filozofię i brnęli w nią dalej… Niby razem, niby osobno. Pan, któremu brakowało ludzi i egzekutor bez ładu. Jak dobrze, że dla zagubionego Merikha to Belketh stał się prawem. Fakt, że do siebie przylgnęli, zdawał się tak oczywisty, tak naturalny, lecz zamiast mistycznego przeznaczenia, odnaleźli przewidywalność.
– Tak? Więc chodźmy. – Merikh nie odpowiedział, tylko ruszył korytarzem, żeby po chwili zejść po schodach.
Ze względu na swą naturę, Merikh i Belketh nie musieli jeść. Mogli, ale wstrzymywali się od tego, żyjąc tak ascetycznie i minimalistycznie jak tylko im przystawało. Od tej zasady robili wyjątek trzy razy do roku, co stworzyło pewną drobną tradycję w ich wspólnym życiu. Wzorem ludzi ze Świętego Cesarstwa, piekli dla siebie nawzajem niewielkie ciasto w dni urodzin. Wspólnie uznali, że ten zwyczaj odpowiada im bardziej niż śpiewy elfów czy wystawne uczty czarodziejów, które obsługują ich niewolnicy. Krótkie, treściwe, niewymagające wielkiego przygotowania. Dokładnie tak jak lubili to robić.
Urodziny to nic szczególnego, jeżeli ma się ponad trzy tysiące lat i nawet nie zna się dokładnej daty.
Merikh od lat piekł ciastko, które wyglądało i smakowało dokładnie tak samo. Kulka pulchnego ciasta, wielkości zaciśniętej pięści, leżała na talerzu z białej, pozbawionej zdobień porcelany. W pomieszczeniu pełnym odcieni czerni, zieleni i szarości, ten jeden element wydawał się wyjęty z innego obrazka. Metalowe sztućce, oparte o krawędź talerza, lśniły nieznacznie w półmroku.
Usiedli do stołu. Jak co roku. Za kilka tygodni znów zasiądą, lecz wtedy również Merikh dostanie swoje ciastko, które wygląda dokładnie tak samo jak to z poprzedniego roku. Rocznicę związku również powinno się świętować, wszyscy tak robili. U nich każda wyglądała podobnie. Do tego stopnia, że zlewałaby się w jedno wspomnienie w głowie, gdyby nie liczby. Tak, liczby były najbardziej fascynującą częścią ich tradycji, bo zmieniały się co roku – w przeciwieństwie do ciastek, miejsc zajmowanych przy stołach i tego, że pozorna wyjątkowość tych bezużytecznych dnia trwa raptem kilka minut.
Belketh zatopił widelec w cieście. Powoli przeżuł kawałek, upewniając się, że znowu nie miało smaku – zupełnie jak rok temu, dwa lata temu i dziesięć lat temu. Cóż za niespodziewany zwrot akcji. Zależało mu tylko na skończeniu tej farsy jak najszybciej. Praca czekała, sekrety mocy nekromancji, o których nie śmiała śnić większość, leżały tuż na wyciągnięcie ręki, z pierwszym pozytywnym rezultatem. To tylko przekonało Belketha, by drążyć głębiej i nadal szukać doskonałości.
Czy dotrze do oświecenia?
„Jeżeli Asha pozwoli.” Pomyślał cierpko, zerkając ukradkiem na Merikha. Ten z kolei wcale nie próbował się kryć. Od dłuższego czasu gapił się na archonta jak sroka w gnat i wątpliwe, żeby zamierzał przestać. W pewnym sensie to nic dziwnego. Za każdym razem, gdy Belketh był obok, uwaga Merikha skupiała się niemal wyłącznie na nim. To dość przydatna cecha, ale momentami zdawała się niesamowicie przytłaczająca. Patrzył, jakby czegoś oczekiwał. Jakby głęboko pod zastygłą twarzą i czarną szatą, kryła się niewypowiedziana tęsknota.
W takich momentach wyglądał jak pies. Zbity pies.
– Dziękuję. – Belketh wstał od stołu, odkładając widelec na brzeg talerza.
– To nic takiego, wielki archoncie. – Merikh ukłonił się lekko. Również wstał. Wziął do rąk naczynia. – Co zamierzasz dziś robić?
– To samo, co robię od lat. – Belketh niemal przewrócił oczami. Przecież powiedziałby mu, gdyby w jego badaniach nastąpił przełom. A to, że od lat pracował nad stworzeniem widmowego smoka, nie powinno dziwić Merikha. W końcu to on regularnie wyruszał poza Siedem Miast, by szukać smoczych kości, nawet jeżeli nieco kolidowało to z jego tytułem. Już blisko, już raz mu się udało, należało to powtórzyć, jedynie na nieco większą skalę… Belketh musiał przyznać: ignorancja Merikha momentami go zadziwiała. Nie oczekiwał od swojego egzekutora wyjątkowych charyzmy czy inteligencji, jedynie posłuszeństwa i lojalności, jednak czasem Merikh zdawał się tępy jak noga stołowa.
– Czy będziesz potrzebował więcej kości? – Zapytał, jakby na siłę. Chyba zauważył, że Belketh powoli odsuwał się w stronę drzwi.
– Nie. Te, które dostarczyłeś mi ostatnio, w zupełności wystarczą. – Koniec rozmowy. Belketh, nie słysząc żadnej odpowiedzi, odwrócił się do niego tyłem i ruszył w stronę drzwi. Gdy stał już przed progiem, jego egzekutor dał głos.
– Gdybyś czegoś potrzebował, jestem na twoje rozkazy. – Stwierdził, kłaniając się nieznacznie. Belketh nie silił się na odpowiedź. Skinął głową i wyszedł, kierując się wprost do pracowni.
To laboratorium Belketha zajmowało lwią część rezydencji. Zastawione regałami pełnymi ksiąg (wielu jego pióra), fiolek, proszków, kości, odczynników, suszonych roślin i rzeszy innych, potencjalnie przydatnych rzeczy, bardziej przypominało pracownię naukowca niż maga. Na kamiennych stołach piętrzyły się sterty bladych, lśniących kości, a wśród nich wyróżniał się czarny, podłużny kształt. Sarkofag.
– Mastaba. – Na dźwięk jego głosu, sarkofag poruszył się. Po kilku zgrzytach i chwili siłowania się, wieko odskoczyło gwałtowne, a z wnętrza wynurzyła się chudziutka, smocza sylwetka. Szaro-zielona, nieco koścista i mniejsza niż przeciętny pies, Mastaba od pewnego czasu cieszyła się tytułem „chowańca archonta”, a przy okazji była pierwszym krokiem na jego drodze do ożywienia smoka z prawdziwego zdarzenia. Taka miniaturka wzbudzałaby co najwyżej politowanie albo salwy śmiechu. Za to sprawdzała się idealnie w roli towarzysza i swojego rodzaju maskotki. – Przynieś mi pióro i kontynuujemy.
W pracowni czas płynął inaczej. Noce nastawały o wiele szybciej, a sam Belketh cieszył się nieśmiertelnością bardziej niż zwykle, gdy czas zmarnowany na jedzenie czy odpoczynek mógł poświęcić na kolejną próbę stabilizacji smoka w Ashanie. Zazwyczaj przeczucie podpowiadało mu, kiedy należy odłożyć pracę na jutro i pozwolić sobie na chwilę snu.
– Wielki archoncie. – Głos Merikha przebił się przez słowa zaklęcia, które Belketh właśnie próbował stworzyć. – To pilne.
– Wchodź. – Belketh westchnął głęboko. Nawet Merikh zdawał sobie sprawę z tego, jak Belketh poświęca się swoim badaniom. Przyjął do wiadomości fakt, że wtedy wolno mu przerywać tylko w nagłych wypadkach, a najlepiej wcale. To bardzo wybijało z rytmu.
– Przybył posłaniec. – Oświadczył Merikh, po wejściu do środka. Zerknął w stronę chowańca, spoczywającego na stole, tuż obok kostura archonta. – Cześć, Mastaba.
– Mam nadzieję, że posłaniec przyniósł ważną wiadomość. – Wycedził Belketh przez zęby. – Dość ważną, żeby oderwać mnie od pracy nad przełomem w nekromancji.
– Nie wiem, wielki archoncie. Jest zapieczętowana, przeznaczona tylko dla ciebie i pochodzi ze Świętego Cesarstwa. Proszono, żebym jak najszybciej ci ją przekazał. – Z Cesarstwa? A czego też Cesarstwo mogłoby chcieć od nekromantów…? – To podobno osobiste. – Belketh wyciągnął dłoń. Merikh, bez słowa, złożył w niej pergamin. Woskowa pieczęć, ale nie z sokołem ani godłem Świętego Cesarstwa. Belketh nie mógł przypomnieć sobie czy kiedykolwiek wcześniej widział skrzyżowane ze sobą skrzydło i miecz, ale rozerwał pieczęć. Nadawca powinien się podpisać, tego wymagała kultura.
Schludne pismo wypełniało kartę, ciągnąc się równymi wersami niemal przez całą jej powierzchnię. Na samym początku, nadawca zwrócił się do „Najwyższego Archonta Belketha, Anioła Śmierci i Przywódcy Kultu Pajęczej Królowej” i to wystarczyło, żeby Belketh się wzdrygnął. Po pierwsze: to pismo oficjalne, które pochodzi od kogoś, kto niezbyt zna jego stosunek do religii. Po drugie: ktoś, kto używa tak rozbudowanej tytulatury albo jest uprzejmy do granic możliwości, albo próbuje od razu wkraść się w łaski adresata. Nie zapowiadało się dobrze…
Nie mylił się. Cisnął pergamin w stronę jednej ze ścian, a Mastaba – poruszona nagłym ruchem – śmignęła w jego stronę jak szarozielona smuga. Ledwie go dorwała, a zaczęła go deptać drobnymi łapkami.
– Wielki archoncie, nie sądzę, żeby dawanie Mastabie poselstwa do zabawy należało do dobrych pomysłów. – Merikh zasugerował dość delikatnie jak na siebie, ale Belketh tylko zgromił go spojrzeniem.
– Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, kto do mnie napisał i w jakiej sprawie? – Zapytał, siadając na stole. Nie czekał na odpowiedź ze strony Merikha. – Napisał do mnie archanioł Michał. Ten sam archanioł Michał, który nieco ponad dwadzieścia lat temu powrócił w tajemniczych okolicznościach. Wolałbym dostać list z samego dna Sheoghu niż od tego przeklętego głupca. – Pociągnął dłonią po twarzy, próbując się uspokoić. Na niewiele się to zdało. Ten, kto stwierdził, że na martwych nie oddziałują emocje, nie miał pojęcia o byciu martwym. Nawet martwego anioła, który żył bez mała trzy tysiąclecia, można wyprowadzić z równowagi. Wystarczy się tylko należycie postarać. Oczywiście, wiedział skąd powrót Michała. Szalony plan Uriela, w który jeszcze próbował wciągnąć Belketha najwyraźniej się powiódł. Wskrzeszanie aniołów w ukradzionych ciałach… I oni śmią zwać siebie sługami światłości!
– Czy mam udać się do Świętego Cesarstwa i przynieść ci jego głowę? – Merikh zapytał, jakby próbował się dowiedzieć, iloma łyżeczkami archont słodzi herbatę.
– Gdybyś spróbował to zrobić, byłbyś jeszcze większym głupcem niż Michał. – Zawyrokował Belketh, ucinając tym samym zapędy Merikha. – Cały ty, tylko przemoc i przemoc, nawet jeżeli rozmawiamy o archaniele, który walczył w Pradawnych Wojnach. Spróbowałbyś wyrwać Michałowi pióro, a nie dość, że zagwarantowałbyś nam wojnę lub przynajmniej nieprzyjemności dyplomatyczne na najbliższe tysiąc lat to jeszcze wróciłbyś do mnie w plasterkach i nadawałbyś się tylko jako karma dla lamasu. – Czasem Belketh zastanawiał się, dlaczego zgodził się na takie zbliżenie do Merikha. Chyba po prostu zaczęła mu doskwierać samotność. Zaślepiony desperacją, nie dostrzegał z jakim ignorantem przyszło mu pracować. Na szczęście był lepszym egzekutorem niż dyplomatą. Miał wyglądać groźnie, odrywać głowy od ciał, stanowić swego rodzaju straszak na wszystkich tych, którzy myśleliby o podniesieniu ręki na archonta lub sprzeciwieniu się jego rozkazom. Na szczęście to wychodziło mu świetnie.
– O czym pisał, jeżeli wolno mi zapytać? – Merikh zdawał się wcale nie przejąć słowami Belketha. A szkoda, jak raz mógłby wziąć sobie coś do serca.
– Po latach przypomniało mu się, że jednak jesteśmy anielską bracią i powinniśmy trzymać się razem, zgodnie ze szlachetnymi ideałami braterstwa. I, w myśl tych twierdzeń, Michał jest gotowy wybaczyć mi moje, jak on to ładnie ujął… zejście ze ścieżki światłości w zamian za drobniutką, naprawdę tycią przysługę. – Belkethowi zmiękły kolana, nawet jeżeli już siedział. Doskonale pamiętał jak skończył się pierwszy genialny pomysł aniołów i dlatego odsunął się od niego najszybciej jak tylko się dało. Pradawne Wojny, wywołane po trosze przez konflikt Smoków oraz pychę aniołów, odcisnęły się olbrzymim piętnem w historii całego Ashanu. Mogli tak łatwo uniknąć zniszczeń i krzywd, które wywołały! Wystarczyło uspokoić emocje, nie unosić się zbędną dumą i negocjować jak przystało przedstawicielom rozumnych ras. A Michał jeszcze miał czelność twierdzić, że to Belketh zbłądził. – Cesarstwo szykuje się do jakiejś krucjaty przeciw Bezimiennym i szukają kogoś, kto zna się na mrocznych sztukach. Mało tego: twierdzi jeszcze, że to odkupi mój dług zaciągnięty w Pradawnych Wojnach, kiedy poddałem się „haniebnemu czynowi dezercji”. No i, oczywiście, na deser dostałem mowę o Bezimiennych, którzy próbują zrujnować wszystko w Ashanie oraz oczyszczeniu, które oferuje mi światłość.
Na dłuższą chwilę zapadła cisza. Merikh wpatrywał się w wyłamującego palce archonta. Nieco dalej szeleścił pergamin, przerzucany między drobnymi łapkami Mastaby. Sam Belketh nie mógł uwierzyć w tupet Michała. Owszem, ostatnimi czasy zrobiło się o nim głośno – przemianowanie Al-Betyl na stolicę nekromancji, parę rzezi dokonanych ręką Veina, utworzenie Kultu Pajęczej Królowej – ale Michał powinien zrozumieć, że Belketh od dawna z aniołami miał wspólne jedynie skrzydła. I fakt, że nie potrafił kłamać… Dlatego często zdarzało mu się milczeć.
Nie zamierzał stać się marionetką w ich politycznych gierkach. Michał pisał do niego prywatnie, nie z ramienia Świętego Cesarstwa. To prośba, nie rozkaz ani groźba. Armie Cesarstwa nie stały pod murami Al-Betyl, domagając się Belketha lub jego głowy. Wszyscy nekromanci ukryci w jego murach byli bezpieczni.
I oby tak pozostało nawet po odmowie.
– Mam nadzieję, że podejmiesz właściwą decyzję, wielki archoncie. – Merikh odezwał się nagle, jakby wyrwany z zawieszenia. – Czy jest coś, co mogę dla ciebie zrobić?
– Nie, dziękuję. Wyślę Mastabę z odpowiedzią. Wracaj do swoich zajęć. – Egzekutor ukłonił się i odwrócił w stronę drzwi. – A, i jeszcze jedno. – Merikh zerknął przez ramię. – Nie mów nikomu o tym liście i ćwicz ciężej niż zazwyczaj. Możliwe, że niedługo zapukają do nas żołnierze Cesarstwa. Wolałbym, żeby mój egzekutor był w formie.
– Oczywiście. Poczynię wszystkie niezbędne przygotowania. – Gdyby nie fakt, że twarz Merikha od lat wyglądała jak maska, Belketh posądziłby go o ślad uśmiechu, błąkający się po wargach. Nic dziwnego, jego zawód wymagał pewnej lubości do rozlewu krwi. Sylwetka Merikha wkrótce zniknęła za drzwiami.
– Mastaba. – Belketh przywołał smoka do porządku. Natychmiast wyprostowała długą szyję i spojrzała w stronę pana paciorkowatymi oczami. – Szykuj się do drogi. Już niedługo wyruszysz do Świętego Cesarstwa z ważną misją. – Pokiwała głową z radością. Przynajmniej ona się cieszy…
Przez pewien czas, Belketh siedział bezproduktywnie nad stołem i arkuszem papieru. Nie do końca wiedział, od czego zacząć. Wolał nie skreślać w oficjalnym piśmie, to wyglądałoby niechlujnie. Krótko, treściwie, bez zbędnego unoszenia się gniewem. Żywi bywają tak problematyczni… Belketh pamiętał porywy emocji ze swojego wcześniejszego życia i nie żałował przemiany, która przyniosła tyle spokoju do jego serca.
W końcu postanowił, że napisze wprost o wszystkim tym, co powiedział Merikhowi. Przede wszystkim, że odrzuca ofertę Michała. Wolał nie kłócić się na gruncie filozoficznym i religijnym, to tylko rozsierdziłoby tego skorego do bitki fanatyka, a Belketh wolał załatwić sprawę polubownie. Uprzejmie odmówić i nie narażać nikogo na szwank. Wojna ze Świętym Cesarstwem to ostatnie, czego potrzebowało Al-Betyl. Bezimienni niewiele go obchodzili – zajmowali się swoimi sprawami i do tej pory nie ingerowali w Ashan. Gdyby rzeczywiście wykonali jakiś krok, który miałby na celu zburzenie równowagi, zakłócenie cyklu życia i śmierci albo zaszkodzenie światu, Belketh stanąłby do boju bez poselstwa Michała. Odmówić i iść swoją drogą. A przynajmniej spróbować, bo podskórnie Belketh czuł, że Michał zbyt łatwo nie odpuści. Zwłaszcza, jeżeli zdążył już ubzdurać sobie wojnę dość świętą, żeby ściągać anioły, które wieki temu odsunęły się od Elratha.
Wiadomość starannie przyczepił do boku Mastaby. Zapoznał ją z mapami, udzielił kilku wskazówek logistycznych, parę razy przypomniał, że nie wolno jej zgubić listu, a gdyby coś się stało, powinna od razu się z nim skontaktować. Przytakiwała wszystkim jego słowom, aż w końcu wyleciała przez okno pracowni i poszybowała w stronę Świętego Cesarstwa. Oby tylko Michał okazał się łaskawy dla posłańca tak przesiąkniętego złą mocą!
– Będę musiał nauczyć cię mówić… – Belketh westchnął i spojrzał na stertę smoczych kości. Należało spróbować jeszcze raz. Jeżeli jego teoria o świecie materialnym i duchowym jest faktem, a nie przypadkiem, będzie musiał chwilę pomyśleć nad jakimś bardziej ambitnym celem ku chwale Ashy.

Kastore PW
31 sierpnia, 23:39
A to też jest coś w stylu Roland x Gelu? Wyszukałem najbardziej interesujące słowa, ale niestety w tekście ich nie było.

Thetinir PW
1 września, 13:36
Zależy co rozumiesz przez "coś w stylu Roland x Gelu".
Ten fragment pracy (całością nie mogę tego jeszcze nazwać) ma z Roland x Gelu wspólnego tyle, że oba zawierają w sobie wątek miłości między mężczyznami.
Jeżeli szukasz historii pisanej z przymrużeniem oka i nutą satyry to, niestety, nie tutaj. Chociaż może rozważę taką opcję, jeżeli tu obecnym spodoba się mój sposób pisania.
temat: [opowiadanie] Słudzy (Belketh x Merikh)

powered by phpQui
beware of the two-headed weasel