Kwasowa Grota Heroes VIIMight & Magic XDark MessiahHorn of the AbyssHistoria Światów MMSkarbiecCzat
Cmentarz jest opustoszały
jesteś zalogowany jako Nieznajomy
zaloguj się    załóż konto
Nieznane Opowieścitemat: [RPG] Cave - Combat
komnata: Nieznane Opowieści
strona: 1 - 2

Matheo PW
14 sierpnia 2013, 11:11
Ogłaszam wszem i wobec, że walkę numer 2, wynikiem 3:0 wygrywał Syrious.


Czekam na kolejne zgłoszenia, wyzwania, walki :)

Matheo PW
6 marca 2014, 17:35
Walka numer 3 Sherkan (Matheo) vs D.U.N.C.A.N (Garet)

Założenia by Acid Dragon:


Cytat:
Miejsce akcji: Antagarich
Czas akcji - po otruciu króla Gryphonhearta, przed przybyciem Katarzyny.

Erathia właśnie została pozbawiona władzy. Jej wojska są niezorganizowane i rozproszone, sąsiedzi szykują się do ataku, Sandro siedzi w więzieniu. Jeden z generałów Erathii, niejaki Arthur Kendal (nie mylić z Morganem Kendalem) próbuje stanąć na czele wojsk obronnych i przygotować państwo do heroicznej obrony. Ma posłuch wśród żołnierzy i może mu się udać przeciwstawić planowanym "rozbiorom" ze strony Eeofolu, Nighonu, Tatalii i Krewlodu.

Pracujecie dla Sandro. Nie z przekonania, ale dla korzyści - obiecał Wam spory kawałek ziem i bogactw po podboju Erathii. Sandro zza krat zdołał przesłać Wam wskazówki. Musicie się zakraść do Zamku Gryphonheart, odnaleźć Arthura Kendala i zabić go. To zniweluje szanse Erathii na zorganizowaną obronę. Zamek Gryphonheart jest tradycyjnie strzeżony przez parę gryfów królewskich, latających nad nim oraz spory oddział krzyżowców, zbrojnych, łuczników i poborowych wewnątrz (Zresztą - zamek znacie z MM7 ;). Ma też sporą ilość tajemnych przejść, a gdy tylko ktoś próbuje wejść dalej niż do przedsionka i zostanie zauważony - rozbrzmiewa głośny alarm. Istnieje możliwość wejścia przez dach, ale tam są wspomniane gryfy. Można też próbować dostać się przez kanały, aczkolwiek tam rządzi gildia złodziei (że o potworach szlamowych i przerośniętych szczurach nie wspomnę).

Pracujecie razem. W trakcie wykonywania zadania będziecie jednak musieli zdecydować, czy dalej chcecie współpracować, czy może wolicie zagarnąć ziemie i bogactwa tylko dla siebie i pozbyć się partnera, a może coś przekona któregoś z Was do zreformowania i stanięcia po stronie Erathii?

Możecie mieć ze sobą jakikolwiek ekwipunek, ale pamiętając o tym, że zbyt dużo brzęczącego żelastwa prawie na pewno was zdradzi i ściągnie całą obronę zamku.
Odpowiedz

Opowiadania powinny się znaleźć w tym temacie 07.03 około godziny 20:00.



Garett PW
7 marca 2014, 20:31
Zebranie Rady Starożytnych
..................................................................................

Witajcie, Bracia i Siostry. Wezwałem was dzisiaj, gdyż nasz badacz, Jassad Attqua, który miał sprawdzić co naprawdę wydarzyło się w Kolonii Enroth, wysłał do nas ciekawe nagranie. Ponoć przekazał mu je Wędrowiec, żywiołak wody...

..................................................................................

Rok 1174 po Ciszy-kontynent Enroth, miasto Free Haven

..................................................................................

-Duncan pytam się ciebie po raz setny. PO KREEGANA CIĄGNIEMY TRUCHŁO TEGO SMOKA PRZEZ BITE PIĘĆ KILOMETRÓW?!
-Ech, Kalt, Kalt, przecież już ci powiedziałem, że muszę się spotkać z Melianem, a ten przygłupi lord nie chciał mnie wpuścić i kazał przynieść smocze zwłoki, żebym „dowiódł swojej wartości”.
Nazywam się Duncan, choć moi stwórcy nazywają mnie Strażnik D.U.N.C.A.N., model 02. Słowem - sztywniaki. Tak, jestem Strażnikiem, tak, zostałem stworzony przez Starożytnych, ale nie jestem maszyną robiącą wszystko według dyrektyw. Uważam się za istotę o wolnej woli i tyle, ni mniej, ni więcej. Mój towarzysz, Kalt, to Wędrowiec, żywiołak wody. Poznałem go podczas szkolenia, a potem, gdy dowiedziałem się, co planował Escaton, uratowałem go i zabrałem ze sobą. Cóż, ja tu się rozgadałem do nagrania, a już zdążyliśmy wejść do zamku. Mnóstwo obrazów, zdobione zbroje, piękny dywan. Ogólnie - przepych.
-Widzę, że przyniosłeś mi smoka, panie Dunstan. - mogłem się spodziewać, że znów przekręci moje imię. - Cóż... umowa to umowa, ale nikomu ani słowa! Nie mogę wpuszczać nikogo do Wyroczni bez zgody wszystkich lordów.
Ukłoniłem się i poszliśmy prowadzeni przez straż do Centrum Dowodzenia. Wreszcie „ochrona” nas opuściła i mogłem swobodnie porozmawiać z Melianem.
-Wyczuwam innego Strażnika. Przedstaw się.
-Strażnik D.U.N.C.A.N., model 02.
-Słyszałem o tobie od Escatona, szydził z twojej słabości, ale według mnie dobrze zrobiłeś przeciwstawiając mu się. Wiem, czego chcesz. Pragniesz odzyskać swoje moce, mogę ci w tym pomóc. Wyślę cię do roku 1165. Potężny lisz, Sandro wynajął wtedy dwóch agentów, którzy mieli zabić generała Arthura Kendala. Według historii, generał zginął, wcześniej zabijając jednego z zabójców. Zajmiesz miejsce tego, który umarł, dzięki czemu historia się nie zmieni, a ty będziesz mógł poprosić Sandra, by napromieniował cię Szarą Magią. Nie odzyskasz mocy Strażnika, ale twój wrodzony talent tej szkoły zostanie przebudzony.
-Przecież technologia do podróży w czasie została stracona...
-Technologia tak, ale nie magia. Ty masz wrodzony talent do Szarej Magii, co prawda uśpiony, lecz z moją pomocą ci się uda.
-No dobrze, Kalt, przyjmij formę miecza.
-Ech, nie cierpię tego...

................................................................................

Rok 1165 po Ciszy-kontynent Antagarich, miasto Steadwick

................................................................................

-Co, kim ty do cholery jesteś... aaarghhh.
Taaaak, Melian wysłał mnie prosto do Steadwick, do pokoju niedoszłego zabójcy Arthura. Delikwent ubrany był jak kapłan, w dodatku miał nawet rytualne tatuaże Słońca, więc bardzo możliwe, iż rzeczywiście należał do tego zakonu, tyle, że zdradził w zamian za bogactwa od Sandra. Reakcja Kalta oczywiście była zerowa, gdyż po zamianie w miecz hibernuje się by pozostać w tej formie i dopiero ja mogę go uwolnić, rozpuszczając broń. Za dużo czasu spędziłem zastanawiając się nad tożsamością nieboszczyka, i ani się obejrzałem, a do pokoju weszła służka. Dalej, wiadomo - krzyk, płacz, panika, ucieczka i oczywiście wrzeszczenie pt. „ratunku, mordują!”.
Najbezpieczniejsza droga prowadziła przez okno, więc bez myślenia wyskoczyłem, rozłożyłem skrzydła i poleciałem na miejsce spotkania, czyli do lasu za Steadwick. Według informacji od Meliana, miałem szukać białowłosego Elfa, Vori. Wreszcie wypatrzyłem go, nie było mowy o pomyłce, jego lud raczej rzadko opuszcza rodzimą wyspę, no i włosy mają zwykle czerwone. Postanowiłem trochę go przestraszyć, dlatego też zanurkowałem tuż przednim i krzyknąłem:
-HEJ!
Spojrzał na mnie jak na idiotę. Cóóóóż, punkt dla niego, że się nie przeraził.
-Ty jesteś moim partnerem? - skinąłem głową. - Dobrze, to masz jakiś plan? A tak na marginesie, zwę się Sherkan.
-Duncan, i tak, mam plan. Możemy przejść kanałami do zamku.
-NIE! Nie mam zamiaru przedzierać się przez tą masę ludzkich odchodów!
Wzdrygnął się, ale wbrew wypowiedzi, nie ze wstrętu, on się bał. Ha, kto by pomyślał, Elf Vori, który boi się wody. Uznałem, że będzie lepiej go nie stresować, zresztą, sam miałem średnią ochotę brodzić w kale.
-Mogę cię zabrać na dach, ale jest pilnowany przez gryfy królewskie, więc gdy tylko cię postawię, wskakuj do środka, ja już sobie poradzę...

................................................................................

Steadwick - noc

................................................................................

-Jesteś gotowy, Sherkan?
Kiwnął głową, przyzwyczaiłem się już do jego małomówności. Mimo, że miał na sobie zbroję, był niezwykle lekki, pewnie była magiczna. Nie trzeba było długo czekać, by gryfy się obudziły, zdążyłem jednak stłuc jedną z moich fiolek i zamienić wodę z niej w parę, a parę w mgłę. Ledwo odstawiłem Sherkana, gdy porwał mnie jeden z gryfów, zauważyłem tylko, jak wchodzi do środka, przynajmniej trzyma się planu. Skoro Elf dostał się do zamku, mogłem wezwać mojego prawdziwego „partnera”. Kalt nawet nic nie gadał, w walce jest taki jak ja, milczący i zaciekły, nie trwoni energii na szydzenie z wroga.
-Kalt, zostawiam ci ich, jak przyjdą żołnierze - uciekaj, niech to wygląda na atak szalonego żywiołaka.
Kiwnął głową. Co jest? Wszyscy zmówili się, by mi kiwać głową, czy jak? Poleciałem do, w tej chwili, opuszczonego gniazda. Odgarnąłem siano, i użyłem zaklęcia „Fala Kwasu”, by przebić się przez podłogę. Gdyby ktoś znalazł tę dziurę, pewnie by uznał, że gryfy mają toksyczne odchody.
Znalazłem się w jakimś ciemnym pomieszczeniu, wyszedłem na korytarz, a tam, nie uwierzycie, rozsmarowani po podłodze żołnierze i pośrodku tego bałaganu - TYGRYS. Możecie sobie tylko wyobrazić, jakież było moje zdziwienie, gdy ogromny zwierz przeobraził się w... Sherkana. Spojrzał tylko na mnie i powiedział:
-Nie pytaj.
Nie pytałem. Zamiast tego sprawiłem, by krew wsiąkła w całości w dywan i wyschła, „farbując” go na czerwono. Ciała zaciągnęliśmy do pomieszczenia, z którego wyszedłem. Użyłem dwóch fiolek, by rzucić na nas iluzję, upodabniającą do erathiańskich żołnierzy. Sherkan początkowo oponował, ale udało mi się zmusić „tygryska” do wylania na siebie wody. Doszliśmy do komnaty Arthura, który właśnie uprawiał miłosne igraszki z... sukkubem! Nawet nas nie zauważyli, a Sherkan jakby to była najzwyczajniejsza w świecie rzecz, zamienił się w tygrysa i ich rozszarpał. Wyjście z zamku było tylko formalnością, gdyż ustawiłem w lesie „Orientacyjny Punkt Lloyda”. Sherkan spojrzał na mnie tym swoim przenikliwym wzrokiem i chyba wypowiedział najwięcej słów w swoim życiu:
-Widzę, że jesteś godny zaufania, Duncanie, więc powiem ci prawdę. Sandro chciał, żeby Arthur zginął, by Erathia przegrała, ale nie wiedział wszystkiego o młodym Kendalu. Byłem więziony przez jakiś czas w kreegańskiej Kolonii Zod. Sukkuby uwielbiają plotkować, często idąc korytarzami mojego więzienia gadały o „Takiej, Która Uwiodła Ludzkiego Generała”. Po mojej ucieczce wszcząłem śledztwo. Dowiedziałem się o nowej kochance Arthura Kendala i połączyłem obie sprawy. Gdy usłyszałem, że Sandro szuka ludzi, którzy zabiją generała, zgłosiłem się, mając nadzieję na pomoc. Szczerze, to nawet więcej niż spełniłeś moje oczekiwania. Okazałeś się jednak w porządku, nawet nie powstrzymałeś mnie od rozszarpania zdrajcy. Co nic nie mówisz?
-Jestem zdziwiony, że potrafisz tyle gadać. A tak na serio, to nienawidzę kreegan, więc masz u mnie punkt. Właściwie, to dlaczego nie zdziwiłeś się, iż jestem aniołem „zabójcą”?
-Daj spokój, widziałem już w życiu tyle dziwów, na przykład przy mojej ucieczce z Kolonii Zod pomagała mi krasnoludzica z rogami!
-Chodźmy na piwo, do jakiegoś przydrożnego zajazdu, tam opowiesz mi resztę tej historii.
-Ok, ale ty stawiasz!

................................................................................

Gdy znaleziona ciało Arthura i sukkuba, uznano, że była ona skrytobójczynią, którą generał zabił zanim jej partner go brutalnie uśmiercił. Młodego Kendala okrzyknięto męczennikiem i chociaż Erathia przegrała, to po powrocie królowej, ludzie chętnie zaciągali się do jej armii, by pomścić śmierć swojego „bohatera”.
................................................................................

Zebranie Rady Starożytnych

................................................................................

Jak więc Bracia i Siostry widzą, model 02, odbył podróż w czasie. Byłby dla nas nieocenionym wsparciem, przy ponownym odkrywaniu tej technologii, niestety, od zdarzenia, które mieszkańcy Kolonii Enroth nazywają „Rozliczeniem”, nie ma z nim żadnego kontaktu. Badacz Jassad aktualnie szuka w wymiarze wody żywiołaka, który podarował mu nagranie, mając nadzieję, że uda się od niego więcej dowiedzieć. Na dziś to wszystko co wiemy, możecie się rozejść.

................................................................................



Słówko od autora(no może dwa ;p):
1.Jak ktoś nie czytał karty postaci, nieważne czy mojej, czy Mathea to niech uczyni, gdyż wyjaśniają one niektóre niejasne aspekty. Nie umieściłem tego tutaj bo opowiadanie wyszło by za długie, no i od czegoś te karty przecież są!
2.Wiem, że jest przydługi wstęp do właściwej akcji, ale Duncan przybył na Enroth zaraz po Escatonie, więc musiałem wytłumaczyć w jaki sposób cofnął się o te 9 lat.




Garett









Matheo PW
7 marca 2014, 21:32
- Nie mają pojęcia co ich czeka. – Powiedziała zakapturzona postać. – Królestwo jest na wyciągnięcie ręki.
- Nawet jeśli go unieszkodliwimy, znajda się następni. – Odparł Sherkan.
- Niedługo wszyscy będą gotowi. – Porywisty wiatr szarpał jego białym habitem. - Tylko on może nam przeszkodzić. Ruszaj natychmiast.

Sherkan nie zwlekał ani chwili. Zaczął się zmieniać podczas biegu. Nogi zamieniły się w silnie umięśnione, włochate łapy, podobnie jak ręce, które teraz pozostawiały w ziemi tygrysie ślady. Twarz nabrała dzikiego wyrazu, oczy stały się ciemniejsze a zęby przemieniły się w kły. Całe ciało pokryła śnieżnobiała sierść, poprzecinana poprzecznie czarnymi pasami. W ten sposób mógł znacznie szybciej dotrzeć do Erathi.
- Śmierć to tylko początek. – Powiedział Sherkan.
- Każdy kto odejdzie, powróci zza grobu. – Odpowiedział mu mężczyzna o kruczoczarnych włosach. Nie takiego kompana spodziewał się Elf. Liczył na skrytobójcę, lub chociaż włamywacza bądź bandytę. Jego towarzysz wyglądał na około 26 lat, był przystojny, zbyt przystojny. Jego twarz zdobił tatuaż w kształcie półksiężyca. Jednak dużo ciekawsze były malunki na dłoniach, świadczyło o tym, że Elf ma do czynienia z magiem wody. – Spodziewałem się kogoś innego. – Powiedział Mag, mierząc Sherkana wzrokiem.
- Wyjąłeś mi te słowa z ust. – Odparł Sherkan. – Odłóż miecz, w tym zadaniu będzie ci tylko przeszkadzał.
- Nigdzie się bez niego nie ruszam. – Odparła czarnowłosa postać. Sherkan nie zamierzał wdawać się z nim w dyskusję. – Chciałbym wiedzieć z kim będę pracował. Jestem Duncan. – Powiedział podając rozmówcy dłoń.
-Sherkan. – Rzucił chłodno Elf i ruszył w stronę zamku, nie odwzajemniając uścisku. – Wejdziemy przez kanały. – Oznajmił Władca Bestii.
- Cieszę się, że pójdziesz ze mną. – Odparł Duncan. – Wolę mieć cię na oku.

Sherkan zignorował jego odpowiedź. Ostrożnie wszedł do wody, by skryć się za dryfującym konarem drzewa. W ten sposób zbliżał się do miasta. Spojrzał na Duncana, który przez chwilę spokojnie spacerował po wodzie a po chwili znikną pod jej powierzchnią. Prąd był silny, więc Elf poruszał się dość szybko. Rzeka po prowadziła go do wejścia do kanałów. Sherkan znieruchomiał, strażnik który patrolował ten fragment muru, wpatrywał się w kłodę, jakby chciał dostrzec tam coś niecodziennego. Najwidoczniej nie posiadał zbyt bystrego wzroku, bo po chwili się oddalił. Wtedy Elf mógł zanurkować pod żelazną kratą, by znaleźć się wewnątrz miasta.
- Myślałem że zrezygnowałeś. – Powiedział Duncan. – Guzdrałeś się niemiłosiernie.
- Zamilcz. – Powiedział gniewnie Sherkan, patrząc na maga, który w przeciwieństwie do Elfa, był kompletnie suchy. Ruszyli wąskim korytarzem, który według planów miał prowadzić do wyższych komnat. Zatrzymał się widząc parę czerwonych ślepiów, które wpatrywał się w niego. Obok nich pojawiły się kolejne, obok nich następne. Po chwili w całym korytarzu jarzyły się złowrogie, czerwone oczy. Duncan wyciągną swój miecz, klnąc przy tym siarczyście. Elf powstrzymał go gestem dłoni i wypowiedział szeptem kila słów i czerwone ślepia zniknęły w mrokach kanału.
- Niezła sztuczka. – Powiedział Duncan z uznaniem. Nie uszli spokojnie zbyt daleko. Noga Elfa ugrzęzła w gęstej, śmierdzącej mazi i mimo usilnych prób nie był w stanie jej wydostać. Coś podnosiło się i rosło w oczach zagradzając im drogę, towarzyszył temu paskudny fetor. Był to cuchnący paskudnie potwór, który zdawał się być wielką kupą szlamu. Bezkształtna masa ruszyła wprost na unieruchomionego przeciwnika. Nim Sherkan zdążył mrugnąć, z dłoni Duncana wyleciał świetlisty pocisk, który rozsadził stwora stojącego im na drodze. Elf odwrócił w stronę towarzysza oszlamioną twarz i posłał mu spojrzenie, które było gorsze od tuzina wyzwisk i przekleństw. Ściany kanału zaczęły się rozszerzać, by po chwili skurczyć się do tego stopnia, że musieli niemal się czołgać. W końcu dotarli do rozwidlenia.
- Łap za miecz. – Powiedział Elf, wciągając do nozdrzy powietrze. Spóźnił się. Nagle przestał cokolwiek widzieć, coś zacisnęło się wokół jego głowy, odcinając dopływ powietrza. Powalono go na kolana, czół sznur owijający się wokół jego nadgarstków. Prowadzono ich wąskim korytarzem skrępowanych i oślepionych.

- Kogo my tu mamy. – Wychrypiał jeden z napastników. – Co wam strzeliło do łba, żeby się tu zapuszczać? Te kanały, to królestwo gildii złodziei. – Sherkan łapczywie łapał powietrze, gdy ściągnięto mu wór z głowy. – Elf. No proszę. Elf jeszcze u nas nie gościł. – Oznajmił czarnobrody mężczyzna, który bardziej charczał niż mówił.
- Nie jesteśmy waszymi wrogami. – Powiedział Duncan, rozpoczynając pertraktacje.
- Nie jesteście naszymi przyjaciółmi, bo ich nie posiadamy. Jesteście więc nieprzyjaciółmi, intruzami, czyli wrogami. – Wyjaśnił chudy mężczyzna o haczykowatym nosie.
- Słuszna uwaga. – Odparł Duncan. – Istnieje jednak coś pomiędzy przyjacielem a wrogiem. Kim więc jesteśmy?
- Jesteście bezużytecznymi śmieciami. – Odparł czarnobrody, przerywając wypowiedź atakiem kaszlu. - Nie wzbogacę się zbytnio ani nie zbiednieje po waszej śmierci. Mogę więc was zabić. – Dodał z uśmiechem, który ukazał resztki uzębienia, które mu pozostały.
- Mógłbyś wiele zyskać dzięki nam. – Duncan nie zamierzał się poddawać. - Za wykonanie zadania obiecano nam bogactwa i tytuły. Gdybyś pomógł nam w jego wykonaniu, otrzymał byś swoją dolę. Przysyła nas Sandro. – To imię wstrząsnęło przywódcą bandy. Zaczął gładzić się po swej zaniedbanej brodzie, rozważając to co usłyszał. Negocjacje przerwał koncert pisków i warkotów, który zagłuszył wszystko.
- Przepędźcie stąd te gryzonie! – Wrzasną brodacz. Wyciągając broń. Zewsząd otaczały ich olbrzymie szczury.
- Jest ich mnóstwo, nie damy rady! – Rozpaczliwe zawołał jeden z bandytów.
- Nie dacie. – Powiedział Sherkan, po czym podniósł się gwałtownie i uderzył głową w tors czarnobrodego. Mężczyzna upadł i zanim zdołał się podnieść, spadło na niego kila gryzoni. Duncana oblał zimny pot gdy jeden szczur zbliżył się do niego. Odetchnął z ulgą gdy okazało się, że przerośnięty zwierzak nie przegryza jego palców, tylko krępujące go więzy. Całe kanały wypełnił wrzask konających bandytów. Niektórym udało się uciec, jednak większość była zdana na szczury, które rozszarpywały twarze i wywlekały wnętrzności.
- Okropność. – Wycedził Duncan łamiącym się głosem.
- Nie gadaj, biegnij! – Wrzasną Sherkan i zniknął w jednej z odnóg kanałów.

Duncan pośpiesznie podążył za nim. Biegli bez wytchnienia, chcąc jak najszybciej znaleźć wyjście. Do ich świadomości dotarła myśl, że mogli zabłądzić. Zaczęli już tracić nadzieję i zastanawiać się czy nie zawrócić. Gdy w końcu natrafili na przytwierdzone do ściany pręty, tworzące drabinę. Sprawnie wspięli się po niej i odsunęli mosiężny właz przysłaniający wejście, a w tym wypadku wyjście, z kanałów. Znaleźli się w magazynie wypełnionym beczkami. Gdy wyszli na korytarz, natknęli się na pierwszego strażnika. Sherkan wykończył go sztyletem, zanim wydobył z siebie jakikolwiek dźwięk. Ukryli ciało w magazynie i ruszyli dalej. Skręcili w prawo i natychmiast natrafili na kolejny patrol. Dwóch pikinierów zginęło w mgnieniu oka, kusznik zdążył wystrzelić bełt, lecz chybił i Duncan rozpłatał go mieczem. Ostatni obrońca, wykazał się większą odwagą niż pozostali. Zanim chwycił za broń podniósł alarm. Zamilkł dopiero, gdy lodowy sopel przeszył go na wylot. Cały zamek wiedział o ich przybyciu. Wszelkie środki ostrożności nie miały znaczenia. Nie zwlekając ani chwili, ruszyli do komnat Arthura Kendala.

Drogę zagrodził im oddział pikinierów. Sherkan zaryczał wściekle, przemieniając się w dziką bestię i runą na nich łamiąc drzewce. Duncan nie kiwną palcem, by mu pomóc. Ruszył przed siebie, by wykonać zadanie. Zaskoczył go oddział krzyżowców. Oberwał w ramie i niechybnie straciłby głowę gdyby nie przemienił ich w lodowe rzeźby. W końcu wpadł do komnat Arthura. Jego giermek pomagał mu przywdziać zbroję. Straż przyboczna rzuciła się na niego. Włócznia wbita w nogę nie powstrzymała go, przed użyciem ognistego pocisku, który uśmiercił strażników. Stal zadźwięczała a iskry sypały się obficie gdy Duncan skrzyżował miecze z Arthurem. Po kilku uderzeniach miecz obrońcy Erathi wyleciał w powietrze. Mag wzniósł broń do ostatecznego uderzenia. Do Sali z szybkością błyskawicy wpadł zakrwawiony biały stwór i powalił go na ziemię. Sherkan rozwarł paszczę, by zatopić kły w szyi zamachowca. Duncan strącił go z siebie i wyskoczył przez okno rozwijając swoją pelerynę, która okazała się być skrzydłami. Giermek Arthura z wrzaskiem rzucił się na ostatniego przeciwnika i wbił mu w ramię nóż do mięsa. Sherkan odtrącił go łapą i na moment przybrał swą normalną postać, chcąc coś powiedzieć.
- Uciekaj! – Wrzasną Arthur. – Odwołam Gryfy! - Zbroje żołnierzy śpieszących na ratunek, pobrzękiwały coraz głośniej. Elf wyskoczył na dach w tygrysiej postaci. Zasypał go grad strzał, z których kilka utkwiło w jego ciele. Donośny głos Arthura Kendal przerwał ostrzał i Sherkanowi udało się wydostać z zamku.

Matheo PW
7 marca 2014, 21:43
Zapraszam do oceniania obu prac. (Post pod postem, bo nie można edytować swoich opowiadań, gdy już się je wrzuci)

Belegor PW
9 marca 2014, 23:24
Cóż...czytałem obydwie prace i wydają mi się na równym poziomie. Jednakże opowieść Sherkana była odrobinę ciekawsza- pokazała tą cichszą drogę, ale z drugiej strony Arthur Kendal chyba powinien zginąć, bo to nie jest ta sama osoba co Morgan Kendal (chyba że on ma na imię Arthur Morgan Kendal, czy inaczej). Z małą przewagą, ale jednak daje głos na Sherkana. (No sorry, ale android zabijający gryfa na dachu twierdzy, gdzie wszyscy usłyszą, a mimo to nie został podniesiony alarm? Zbytnio naciągane).

Garett PW
10 marca 2014, 07:58
Cytat:
No sorry, ale android zabijający gryfa na dachu twierdzy, gdzie wszyscy usłyszą, a mimo to nie został podniesiony alarm? Zbytnio naciągane
Cytując Duncana, "cóóóż" myślałem, że to zakończenia wyda wam się naciągane, a tu okazuje się, że jednak akcja na dachu. Przyznaje się, troszkę nie doprecyzowałem ale alarm został wszczęty, dlatego Duncan zostawił Kalta by odwrócił uwagę strażników, tym samym nikt by nie pomyślał, że "szalony żywiołak" który postanowił zabawić się mordując gryfy w ich gnieździe, będzie skrytobójcą. Dla zwykłych ludzi jedyna droga na dach to schodami ze środka zamku, dzięki temu Duncan i Sherkan spotkali tylko kilku żołnierzy, przed rzuceniem iluzji. Zapomniałem tego napisać więc teraz płacę.

Matheo PW
18 marca 2014, 12:49
Wychodzi na to, że wygrałem. Stosunkiem głosów 1:0... Frekwencja przy głosowaniu straszliwe niska.

Xelacient PW
18 marca 2014, 19:40
Powiedzmy, że ja jeszcze chciałem wziąść udział :P ale jakoś u mnie krucho z czasem.

Oczywiście przeczytałem obie wersje, i bardziej podpasowała mi wersja Garreta za jajcarski klimat i nawiązanie do poprzedniej walki, ale jak już to omawialiśmy podstawą oceny ma być wnikliwa analiza poszczególnych elementów, a nie osobisty gust. :P

Xelacient PW
26 marca 2014, 18:10
No dobra, słowo się rzekło:

Ocena spóźniona, ale w sumie to nic wielkiego, albowiem swój głos oddaje na Sherkana.

Owszem, końcówka w wersji Matheo wypadła blado, walka z żołnierzami była bardziej raportem niż dynamicznym opisem, zaś w finale elf nagle postanowił "zdradzić" Sandro z bliżej nieokreślonych przyczyn.

Jednak całość ratuje początek, te drobne tarcia miedzy postaciami i szybka, acz klimatyczna "kanałowa ścieżka zdrowia" pokazała jak można założenia początkowe (szczury) wykorzystać w zależności od postaci (Władca Bestii) co się zalicza zdecydowanie na plus historii. No i mały plus za utrzymanie warunków konspiracji, czyli hasła rozpoznawcze na początku. ;)

Garret - fragmenty wywołujące u mnie ból zębów (postać jest super potężną hybrydą z kosmosu - dosłownie) są skutecznie wyrównywane przez humorystyczne wstawki. Choć nawet ta sztuczka z wejściem w miejsce "niedoszłego zabójcy" była całkiem interesująca.

Ja już nie będę się czepiał o walkę z gryfami (żołnierze nie podnieśli alarmu, bo tygrys ich wybił od razu) tylko o to, że Arthur Kendal został przyłapany z sukubem... taki patriota, a się puszcza z "elementem niebezpiecznym"? No i po wszystkim ekipa poszła na browara, ja wiem, że po robocie się należy, ale jednak było to trochę niefrasobliwe.

Jednak w obu przypadkach zabrakło mi odniesienia się do obiecanej nagrody, no dobra Duncan chciał "napromieniowania mocą", ale Sharkan? Nie wiadomo po co się w to wszytko zaangażował.

Garett PW
26 marca 2014, 18:41
Widzę, że trzeba się troszkę potłumaczyć. :P
Pisząc opowiadanie miałem dwa problemy które trudno mi było rozgryść:
1.Duncan przybył na Enroth zaraz po Escatonie(który mu odebrał moce i nie jest już super silną hybrydą z kosmosu, tylko umiarkowanie silną hybrydą z kosmosu!), a historia dzieje się kilka lat przed tym. Innego wyjścia nie miałem jak zrobić podróż w czasie, a że musiałem się zmieścić na max 2,5 strony to początek wyszedł lekko naciągany.
2.Duncan ogólnie miał być dobrą postacią, Strażnikiem który zamiast dyrektyw kieruje się swoją "moralnością". Płatnym zabójcą nijak by nie został, za moce też by się nie sprzedał gdyby go Melian nie namówił, inna sprawa, że i tak by go dręczyły wyrzuty sumienia i chciałby pomóc Kendalowi, a nie miałem ochoty(i miejsce mi się już kończyło) na bawienie się w czasowe paradoksy. Pomyślałem sobie, że zrobię z Arthura zdrajce. Powód jednak trudniej było wymyślić bo kasa i władza są przereklamowane, no to mu sukuba do łóżka wsadziłem, w końcu nie był by pierwszym rycerzem który przeleciał sukuba ;p(patrz rodzice Xerona). Jak teraz o tym myślę to szkoda, że nie zrobiłem właśnie z Arthura ojca Xerona.

Co do reszty "zarzutów" to:
-gryfy - nieważne, że Sherkan zabił żołnierzy zanim podnieśli alarm, gryfy są raczej głośne jak im się gniazdo atakuje, więc są same w sobie alarmem. Straż którą zabił Sherkan właśnie szła na dach by zobaczyć co się dzieje. Dlatego Duncan zostawił Kalta z instrukcją by uciekał ale dopiero jak się pojawią żołnierze. Pomyślą, że jakiegoś Zywiołaka powaliło i poszedł się "pobawić" z gryfami.
-Sherkan - na końcu ładnie wytłumaczyłem dlaczego Sherkan się zaangażował. Praca dla Sandro była pretekstem żeby otrzymać pomoc bo sam by sobie ze zdrajcą nie poradził.
-pójście na browara - wiem naciągane, ;p nie miałem pomysłu. Jakiś czas po wrzuceniu opowiadań wpadłem na pomysł by następną walkę rozpocząć od momentu popijawy, niby przegrałem i to opowiadanie Matheo jest fabularnie prawdziwe ale mam sposób jak załatwić to tak by się nie gryzło(za bardzo ;p).

Matheo PW
25 kwietnia 2014, 17:49
Walka numer 4. Duncan_(Garett) vs Terxina_(Xelacient)

Założenia:

Otrzymujecie zadanie od tajemniczej postaci. Musicie odnaleźć "Zastygłe oko Smoka". Jeden z ostatnich elementów, niezbędnych do stworzenia "Mocy Ojca Smoków". Z wstępnych ustaleń wynika, że znajduje się ono w jaskiniach w górach Krewlodu. Będziecie musieli uporać się z lokalnymi niebezpieczeństwami, typu Gobliny, Cyklopy, Behemoty oraz z innymi poszukiwaczami, na których możecie się natknąć. Macie absolutnie wolną rękę, wszystkie chwyty dozwolone. Jedyny cel, to zdobyć artefakt.

Garett PW
27 kwietnia 2014, 22:30
Wymiar Wody, zamek Kalta

...............................................................................

-Widzę, że wreszcie mnie znalazłeś Jassadzie Atqua.
Jassad stał na dziedzińcu zamku Kalta nadal jeszcze zdezorientowany faktem, iż może oddychać pod wodą. Pan zamku, Wędrowiec, Lord Wrót Żywiołów lewitował lub, biorąc pod uwagę otoczenie, pływał wokół badacza lustrując go wzrokiem.
-Zgaduję, że chcesz dowiedzieć się gdzie jest Duncan. Przykro mi, ale nie mogę ci pomóc, sam nie widziałem mojego przyjaciela od tamtego wydarzenia...

...............................................................................

Rok 1165 po ciszy – kontynent Antagarich, karczma w Lesie Tulaeańskim

................................................................................

Siedzieliśmy w karczmie i piliśmy z naszym „nowym przyjacielem”, ja byłem nadal zaklęty w mieczu coby nie wzbudzać sensacji.
-...więc mówisz, że przejąłeś kontrolę nad Piekielnymi Ogarami i kazałeś im odejść, a potem całkowicie zignorowaliście Xenofexa, najzwyczajniej w świecie uciekając?! - powiedział pijany Duncan.
-Tak, a potem gdy byliśmy już daleko zamroziłem tą krasnoludzicę z rogami żeby nie wciskała nosa w nieswoje sprawy. - odpowiedział równie, jeśli nie bardziej, pijany Sherkan.
Duncan miał coś mu jeszcze powiedzieć, ale nagle wszystko zaczęło wirować, rozmazywać się i nagle staliśmy razem, ja w swojej normalnej formie, na jakimś lodowym pustkowi naprzeciw tajemniczej, zakapturzonej postaci, którą było ledwo widać przez jej płaszcz równie biały co śnieg.
-No proszę, proszę, kogo my tu mamy, kolejny amator bawiący się Szarą Magią i manipulacją przestrzeni? A nie, przepraszam, toż to Strażnik we własnej osobie! - odezwała się sarkastycznie postać – Wiecie, normalnie wybryki wasze i waszych panów mam w głębokim poważaniu, no ale tym razem weszliście w MOJĄ STREFĘ WPŁYWÓW! Ja tu się staram naprawić wszystkie paradoksy żeby czas i przestrzeń idealnie ze sobą współgrały, a wy mi tu włazicie z buciorami i tworzycie „alternatywę czasową”! Macie pojęcie jak trudno takiego czegoś się pozbyć?! Dodatkowo w waszej alternatywie był Sherkan, który to również nie pochodzi z tego czasu, szczęście, że udało mi się naprawić wasz wybryk nie usuwając jednocześnie prawdziwego Władcy Bestii.
Postać dalej coś tam trajkotała gdy przestrzeń znów zaczęła się rozmywać by zamienić się we wnętrze jaskini.
-Witajcie w „Labiryncie Ojca Smoków”, to kompleks jaskiń na najwyższym szczycie Krewlodu, zagospodarowany przeze mnie na więzienie dla takich delikwentów jak wy! Tam, na ołtarzu leżą wszystkie artefakty potrzebne do stworzenia Mocy Ojca Smoków oprócz Zastygłego Oka Smoka. Jedno z dwojga będzie mogło otrzymać drugą szansę i stąd uciec jeśli stworzy ten artefakt łączony, drugie... no cóż w jaskiniach mieszka mnóstwo Behemotów oraz Cyklopów które od daaawna nie jadły świeżego mięsa – widząc minę Duncana powiedział jeszcze – A, mówiąc o dwójce nie chodzi mi o Żywiołaka, ty możesz sobie popatrzeć na walkę o przetrwanie swojego przyjaciela z zamku w Wymiarze Wody.
Tak oto pojawiłem się w tym zamku obok Kuli Jasnowidzenia nastawionej na obserwowanie Duncana. Co do niego, no cóż...

................................................................................

Labirynt Ojca Smoków

...............................................................................

Duncan klął niemiłosiernie gdy tajemnicza postać już zniknęła. Był zdany tylko na siebie, nie miał broni, pochodni ani jedzenia, zostały mu tylko fiolki z wodą i innymi substancjami które trzymał przy pasie. Nagle zapłonął ogień, oświetlając grotę. Oczom mego przyjaciela, przy okazji też moim, ukazał się krąg z kości, pośrodku którego stało dziwne, powykręcane stworzenie ze skórą w kolorze zgniłej żółci, nad „tym czymś” unosiło się „Światło Pochodni”. Stwór odezwał się piskliwym głosem:
-Ludź był niegrzecznyyyy, Pan nie lubiiii niegrzecznyyychhh człowieków, przysyła Gorkowi na obiad. Mniam, Gork dawno nie jadł ludzia.
-Czym ty jesteś? - odezwał się oniemiały Duncan.
-Gork jest Gork. Gork był kiedyś „Niegrzeczny Gork”, tak jak ludź, bardzo niegrzeczny, bawił się kości człowieków, goblino-knypków, ludziów-jaszczurów i takich jak Gork. Gork robił koła z kość ale przyszedł Pan i wrzucił Gorka do grota, Gork być tu pierwszy. Potem Pan wrzucać inne Cusie, jedne uciekać, inne Gork zjadać. Cusie lubią przychodzi do stolik jadalny Gorka. Gork zaprasza ale Cusie chcą ukraść nakrycie stołu Gorka, wtedy Gork zjadać Cusie. Gork tu zrobić koło z kość Cusiów, wtedy Gork silny i zabijać nawet mocne Cusie. Teraz Gork zabić ludzia i go zjeść.
-Nie liczył bym na to.-powiedział Duncan i rozłożył swe skrzydła.
-Gork nigdy nie jeść ptako-ludzia.
Stwór wyraźnie podniecił się myślą o tym jak będzie smakował Duncan i zaczął szybko wypowiadać jakieś inkantacje. Kości z kręgu wzniosły się i poleciały w stronę Gorka, „obklejając”
go i tworząc coś na kształt zbroi, największej z nich natomiast zaczął używać jako maczugi. Duncan nie czekał by stwór sprawdził na nim swą broń i rzucił dwie „Fale Kwasu” żeby rozpuścić pancerz, a na zakończenie dzieła „Lodową Eksplozję”, „Lodowy Sopel” i na wszelki wypadek „Rozpylenie Trucizny”. Gork nie dość, że przeżył, to w dodatku wyszedł z tej serii śmiercionośnych zaklęć całkowicie bez szwanku.
-głupi ptako-ludź, Gork jest odporny na magio-sztuczki, Gork zaprasza ptako-ludzia na obiad, jako główne danie!
Mój przyjaciel raczej sceptycznie odniósł się do Gorkowej idei posiłku, zamiast usiąść przy stole wziął wszystkie swoje fiolki z wodą i rozbił je, następnie za pomocą magii zmienił powstałą kałuże w parę. Wysłał ją w stronę Gorka by służyła jako zasłona dymna, stwór machał swą kościaną maczugą na oślep próbując go trafić ale Duncan nic sobie z tego nie robił i poczekał chwilę aż dzikus zmęczy się „Syzyfową Pracą”, a wtedy bezceremonialnie zdzielił go kopniakiem w twarz. Wyprowadził serię ciosów wycelowaną w jedyną niechronioną przez kościany pancerz część ciała, czyli ryj szanownego na. Oszołomiony Gork był idealnym workiem treningowym dla Strażnika ale jakimś cudem udało mu się podciąć go maczugą. Już uniósł swą „elegancką” broń do zadania ostatecznego uderzenia, jednak Duncan dzięki swym skrzydłom odleciał na bezpieczną odległość. Wtedy zrobił coś czego nigdy nie widziałem, wyjął jedną ze swoich tajemniczych czarnych fiolek i wypił jej zawartość. Jego skrzydła stanęły w płomieniach, a on sam zaczął się straszliwie pocić. W prawej ręce uformował zaklęcie „Lodowej Eksplozji”, natomiast w lewej „Kulę Ognia”.
-Giahahah, ptako-ludź głupi nie tylko, jest też głuchy – skrzekliwie zaśmiał się Gork.
Oba zaklęcia powędrowały w stronę stwora równocześnie, przy zderzeniu natomiast wytworzyły olbrzymią chmurę gorącej pary.
-Brawo, jesteś jednym z nielicznych którzy zmusili mnie do wypicia Kosmicznej Wody – odezwał się wreszcie Duncan – ale nie licz na pobłażliwość z tego powodu. Jesteś odporny na magię? Co z tego skoro samo gorąco nadal się ciebie ima, zobaczymy jak będziesz wyglądał po ugotowaniu.
Przeraźliwy krzyk wydobywał się ze środka chmury, temperatura była tam tak wysoka, że Gork już po chwili nie miał sił na ucieczkę. Duncan spokojnym krokiem kierował się w stronę potwora, gorąco nie robiło na nim żadnego wrażenia. Gdy stanął przed swym przeciwnikiem wyciągnął kolejną czarną fiolkę i rozbił ją na twarzy Gorka. W jednej chwili ciało całkowicie się wysuszyło i pozostały jedynie kości w kościanym pancerzu. Zwycięzca ruszył zabrać z ołtarza artefakty i odszedł korytarzem. Wydawał się być prowadzony jakimś instynktem bo po krótkim czasie dotarł do komnaty w której grupa dzikich goblinów walczyła z rogatą krasnoludzicą wyekwipowaną w identyczne artefakty jak te które Duncan zabrał z ołtarza. Dziwaczna kobieta nawet nie potrzebowała pomocy, gdyż sama z łatwością pozbyła się natrętnych dzikusów.
-Nie wierze... - mruknął do siebie Duncan.
-Łatwizna-goblizna – powiedziała Terxina zacierając dłonie – Sara? Co ty tu na Urgasha robisz?! Chwila, ty nie jesteś Sara, masz skrzydła jak ona, ale jesteś facetem.
-Jestem Duncan, ty to zapewne Terxina, Sherkan opowiadał mi o tobie.
-Nie przypominaj mi o tym psim synie, najpierw zamroził mnie na jakimś zadupiu, a potem jego mistrzunio wysyła tutaj. Ty zapewne też szukasz tego Oka, może połączymy siły, a dopiero po zdobyciu artefaktu się o niego pokłócimy.
-Mozę być.
-Dobra, jeden ze wcześniej spotkanych goblinów umiał mówić i w zamian za życie powiedział gdzie jest artefakt, niestety, to gniazdo Behemotów, podobno jakieś tutejsze wielkie małpy.
-Behemoty to futrzaki, świetnie się palą, ty jesteś chyba odporna na ogień więc możemy po prostu je usmażyć. Oto plan...

...............................................................................

-Hej małpy, chodźcie się zabawić!!! - ryknęła Terxina wpadając do gniazda Behemotów i zaczynając ze swymi toporami taniec śmierci, w tym samym czasie Duncan formował chmury pary z wody którą uzupełnił w niedalekim źródełku. Jego ciało było bardzo odwodnione, miał również gorączkę przez zażycie tej kosmicznej cieczy, musiał schłodzić się we wspomnianym źródle by przeżyć. Zmniejszenie temperatury ciała sprawiło, że mógł użyć tylko jednego ognistego zaklęcia, potem efekt „Kosmicznej Wody” minie. Dlatego czekał, wiedział, iż Behemoty nie są wcale tak niebezpieczne, to Starożytne osobniki były tak naprawdę strażnikami Oka. Terxina miała zrobić dość zamieszania by je wywabić, a chmury były potrzebne do zamrażania młodych potworów, coby trochę pomóc krasnoludzicy. Wody starczyło na cztery chmury, dwie z nich wysłał na próbujące zajść sukkuba od tyłu stwory, gdy tylko znalazły się w zasięgu drastycznie zmniejszył temperaturę pary i w mgnieniu oka stały tam dwie lodowe figury. Terxina nie marnowała czasu i zaraz je rozbiła. Z jednego z korytarzy dobiegł ryk, i wynurzył się Starożytny Behemot, na razie tylko jeden. Dunan wysłał chmurę by zamrozić delikwenta, ale ten nic sobie z tego nie zrobił. Sfrustrowany spróbował jeszcze raz, ale tym razem para miała dotrzeć do dróg oddechowych potwora. Może to dziwnie zabrzmi, ale zamroził mu wnętrzności, w takim wypadku dobijanie nawet nie miało sensu. Wszystkie młode zostały zabite, piedestał na którym leżało Oko był już niestrzeżony, chciwa krasnoludzica chwyciła artefakt w swą dłoń. Wtedy nastał chaos, ze wszystkich korytarzy wybiegały Starożytne Behemoty, ze zwłok wylatywały Upiory, wszystko to chciało dopaść sukkuba. Idealny moment by rzucić potężne obszarowe zaklęcie magii ognia, ostatnie ogniste zaklęcia na jakie mógł sobie pozwolić Duncan, idealne do takich sytuacji, „Inferno”. Błysk, dym, ryki, zapach palonego mięsa i futra, Terxina była odporna na ogień, ale nawet na niej zrobiło to wrażenie. Duncana uderzył głaz i spadł on ze swego stanowiska do gniazda, to Cyklopy zwabione hałasami przybiegły na posiłek. Zmęczony, ale też zdeterminowany Duncan ostatkiem sił wysłał najpotężniejszą „Falę Kwasu” jaką kiedykolwiek widziałem w stronę plemienia jednookich. Zaraz po tym stracił przytomność, a ja straciłem obraz przesyłany przez kulę...
Obraz wrócił, a Duncan się obudził. Przy wejściu leżało mnóstwo szkieletów przeżartych przez kwas, dalej niedaleko niego samego spoczywały już nieco lepszej jakości zwłoki z ranami zadanymi przez topory. Terxina uciekła, ale przynajmniej uratowała mego przyjaciela przed niechybną śmiercią z rąk Cyklopów. Wredna baba jednak zostawiła na piedestale wygrawerowany nożem rysunek przedstawiający ją samą na jakimś dziwacznym koniu w pióropuszu i skarpetkach na głowie, oraz z serduszkiem obok. Duncan był bardzo wkurzony, tak wkurzony, że słowo wkurzony to mało powiedziane, klął i klął, aż nagle zaczęła od niego bić jakaś dziwna szara aura, za chwilę cały już się tak świecił i zniknął.
Jak już mówiłem na początku, to był ostatni raz kiedy widziałem mego przyjaciela Strażnika Duncana...

Garett PW
27 kwietnia 2014, 22:54
Dopisek od autora(przepraszam, że post pod postem ale po wrzuceniu nie można edytować pracy).
1.Tak, Duncan jest Władcą Żywiołu Wody, jakby ktoś nie zrozumiał, "Kosmiczna Woda" zwiększa ekstremalnie temperaturę jego ciała i pozwala używać Magii Ognia, do czasu aż się "schłodzi", czyli użyje wystarczającej ilości ognistych zaklęć, lub spędzi trochę czasu w wodzie.
2.Przepraszam Mathea, że bez pytania wykorzystałem wymyśloną przez niego postać(Tajemniczą Postać) ale to on wygrał poprzednią walkę więc jego historia jest fabularnie prawdziwa, a musiałem to jakoś spleść w całość. Żeby było fair czekałem z pisaniem, aż Xelacient odbierze wiadomość z założeniami, więc zacząłem pisać dopiero dzisiaj, to tyle na moje usprawiedliwienie. :P
3.Narratorem jest tym razem Kalt, a on widział Duncana poprzez "Kulę Jasnowidzenia", więc nie czepiać się, że opisywałem tylko "widoczne" odczucia mojego bohatera. :P
4.Mam nadzieję, że się podobało. :)

Xelacient PW
28 kwietnia 2014, 03:12
Stacja Cron “Zwał jak zwał”, unoszący się gdzieś na Zewnętrznej Osi

W ciemnym pomieszczenia rozświetlanym przez niezliczone unoszące się w powietrzu lustra siedziała w pozycji półleżącej niska i krępa kobieta o
szaro-ebonowej skórze. Na jej pomarszczonym obliczu wyraz wiecznej irytacji zdawał się być wręcz wyciosany. w zaciśniętych zębach trzymała długie i grube cygaro, które powoli ćmiła.

Nagle cisze pomieszczenia zakłóciły jakiś kobiecy głos:

-Masz jedno połączenie przychodzące czy chcesz…

-CHCE! Oczywiście, że chce! - burknęła na co jedno z luster przybliżyło się się do jej oblicza, świeciło mocniej niż pozostałe, przez co z mroku wyłoniła się jej łysa głowa, gruby purpurowy szlafrok, którym była owinięta, a spod którego wystawały jedynie wielkie puchate kapcie, też purpurowe.

Wtedy powierzchnia półprzezroczystej tafli otoczonej srebrzystą ramą nagle zabłysła po czym pojawiło się na niej niej twarz męża o srebrzystej skórze, którego szlachetne rysy i mądre oczy zdradzały wielowiekową, jeśli nie milenijną mądrość, z szacunkiem skinął głową rozmówczyni i przemówił spokojnym dostojnym głosem.

- Witam wielce szanowną…

- Nie truj, tylko mów do rzeczy! Pracuje nad ważnym eksperymentem, więc gadaj o co chodzi i zjeżdżaj!

- Cóż to za eksperyment, że nie masz czasu na dobre maniery - odparł lekko oburzonym tonem.

- Planuje kilkaset prób mających ustalić kiedy skrzyżowanie humanoida i equiniusa daje centaura, a kiedy konioludzia, podobno najwięcej centaurów uzyskuje się jeśli kobyła jest matką i chce to sprawdzić.

- Interesujące - odparł zachowując kamienne oblicze - jednak musimy cię prosić o pomoc, nasz wysłannik, strażnik do zadań specjalnych D.U.N.C.A.N, ma do wykonania bardzo ważne zadanie, jednak będzie potrzebował wsparcia, a tylko ty możesz odpowiednio szybko zareagować.

- No oczywiście! Nieważne, że ja się najbardziej babram z tym syfem z nas wszystkich! Jak ktoś nawali to ja muszę ogarniać burdel w trybie natychmiastowym! A jak prosiłam o nowy napęd to muszę czekać grzecznie w kolejce!

- Miałem ci również przekazać, że już jest gotowy do transportu, jednak możliwość jego wysłania jest powiązana z misją androida D.U.N.C.A.N.

- No to trzeba było tak od razu, przyślij mi potrzebne dane to ja już się tym zajmę. Bez odbioru - dodała definitywnie kończąc rozmowę.

Następną minutę poświęciła na przeanalizowanie danych wyświetlających się w lustrze… ta planeta… kojarzyła ją… niedawno na niej wystąpiło, bardzo dziwne zjawisko, coś się przebiło przez kilka wymiarów i jeszcze miało farta wylądować w miejscu zdatnym do życia nie ulegając przy tym rozbiciu na cząstki elementarne… nieskończenie małe prawdopodobieństwo.

Odłożyła cygaro do popielniczki, napiło się jakiejś złotawej cieczy z olbrzymiego chromowanego kubka, wzięła do ręki wielką przepychaczkę do ubikacji i jednym jej ruchem przywołała stół runiczny na którym zaczęła układać różne ciągi znaków.

***

“Niedowalony spiczastouchy”

Pomyślała sobie Terxina szarpiąc się w swoich lodowych okowach i przeklinając zmiennokształtnego elfa, trzeba było było od razu dać mu kopa w jaja, a nie silić się na zabawy z ogniem.

Wtedy nagle usłyszała jakiś dźwięk, zastygła z przerażenia, jeśli to jeden z tych niedorobionych demonów to…

Nagle świat wokół niej się rozpłynął, błysło i...
...nagle stanęła całkowicie naga na środku ciemnej sali.

- Na Urgasha, co się stało?!

- Nie wymawiaj imienia swojego boga, bo go jeszcze dorwę i załatwię - prychnęła jakaś istota, gdy krasnoludka zwróciła się w jej stronę ujrzała krępego babsztyla zawiniętą w szlafrok. Był stosunkowo niski. Nie zmieniało ta faktu, że jakby wstał to byłby trzy razy wyższy niż brodaty sukkub

- Te, stara, pomarszczona prukwo, nie pozwalaj sobie, ty wiesz o kim mówisz?

- O istocie do której się odwołałaś, i nie jestem stara, tylko starożytna - odparła z godnością - zaś ty… znalazłaś się bardzo daleko od twojego rodzinnego świata.

- No coś tak jakby…

- Mogę ci pomóc do niego wrócić... jeśli coś dla mnie zrobisz.

- Niby czemu miałam ci wierzyć? - zapytała podejrzliwie

- Albowiem ci to obiecuje, a wiedz, że moje słowo jest więcej warte niż twoje nędzne życie.

Wobec takiej miażdżącej argumentacji demonica musiała ustąpić.

- To co mam zrobić?

- Masz pomóc pewnemu androidowi zdobyć Zastygłe Oko Smoka.

-Co? - spytała się błyskotliwie

- Nieważne… nazywa się D.U.N.C.A.N. i masz mu to wręczyć - rzekła tajemnicza istota, po czym machnęła ręką i do krasnoludki podleciał masywny pas z wielkim kryształem zawieszonym pośrodku.

- No świetnie, tylko jak go znajdę? - spytała się wpatrując w amulet, ledwo jednak wymówiła te słowa, a świat znów wokół niej zawirował, błysło i…
...nagle stanęła całkowicie naga na na jakimś półpustynnym płaskowyżu.

Tuż obok niej stał jakiś człowiek w ciemnofioletowym pancerzu i w pelerynie.

- Hej, to ty jesteś Duncan? - spytała tępo, jednak nim nieznajomy zdążył jej odpowiedzieć kryształ rozbłysł mocnym światłem i poleciał w stronę nieznajomego, ciągnąc za sobą krasnoludkę i mocno się wokół niego opinając. Podczas tej nagłej akcji ramię krasnoludki zostało uwięzione.

- POTĘGA TYSIĄCA SŁOŃC!!! MODUŁ PRZYJĘTY!!! CEL ZOSTAŁ ZLOKALIZOWANY!!! - przemówił człowiek głosem tak nieziemskim, że Terxinę przyszły dreszcze mimo, iż zwykła kwitować przemówienia najpotężniejszych czartów przeciągłym beknięciem.

I wtedy nagle nieznajomy zerwał się do biegu niepomny dyndającej za nim krasnoludki, tuż przed nim wystrzelił słup wody, z którego wynurzyła się płyta lodu, człowiek śmiałym susem na nią wskoczył i… wtedy się zaczęło.

Pędząc szybciej niż kirin z biegunką mijali kolejne skały, przed oczyma demonicy migały różne istoty, wyglądały jak orki i gobliny, ale były zielone. Niektóre stawały im na drodze, ci co mieli farta byli zmywali przez niosąca ich falę wody, pechowcy zaliczali zderzenie z krą lodu na której stał Dunkan.

Nie zwolnili nawet wtedy gdy zaczęli jechać ostro pod górę po gołej skale, docierając do wlotu wielkiej jaskini.

Toczyła tam się walka, jacyś dobrze uzbrojeni wojownicy próbowali się wedrzeć do jej wnętrza w czym przeszkadzało im coś wyglądającego na cyklopy… to znaczy miały jedno oko, ale przez swoje zgrabne kształty znacznie się odróżniały od znanych jej kloców.
Oraz wielka małpa z olbrzymimi szponami, jednak nim zdążyła się przyjrzeć całości, to Duncan wjechał między atakujących, strumień wody obalał ich na ziemię, pokrywał zamarzającą wodą, zaś z oczu człowieka nagle zaczęły strzelać promienie palącego światła. Pod koniec nagle zawrócił tak, że Terxina swoim tłustym gołym zadem przywaliła jakiejś elfce w potylicę posyłając ją na szpiczasty kamień. Wtedy czarnowłosy mężczyzna wziął kierunek na wpatrujący się w nich z niedowierzaniem obrońców.

Rozpędził się na krze i w połowie drogi wyskoczył w powietrze z nogą wyciągniętą do przodu. Gdy jego stopa uderzyła w głowę małpoluda rozeszła się potężna fala uderzeniowa przygniatająca bestią do ziemie oraz wbijająca cyklopy w ściany jaskini.

Zaś sam “towarzysz” krasnoludki zgrabnie spadł na krę lodu, która w samą porę się pod nimi znalazła i ponisoła ich w w głąb jaskini, gdzie na podeście znajdował się:

-ZASTYGŁE OKO SMOKA! CEL ZOSTAŁ PRZECHWYCONY! - rzekł Duncan biorąc artefakt do rąk.

Wtedy jego pas wydał metaliczny szczęk i puścił jego tors uwalniając przy tym Terxinę ze swojego uścisku.

Człowiek zamrugał oczyma.

- Co się stało? - zapytał się nieprzytomnie

-Mnie się pytasz!? - warknęła obolała krasnoludka, wymachując wściekle tajemniczym pasem, jednak nim nieznajomy zdążył odpowiedzieć, świat przej jej oczyma się rozpłynął, błysnęło i…
...nagle stanęła całkowicie naga na środku ciemnej sali.


- Zajęło wam to całe 34 sekudny dłużej niż oszacowałam na swoim liczydle - stwierdził zirytowany babsztyl w szlafroku, przesuwając kilka krystalicznych kulek na swoim przyrządzie - pewnie dlatego, że nie uwzględniłam twojego sadła.

- Nieważne zrobiłam co chciałaś - odparła odrzucając od siebie pas - teraz mnie odeślij do mojego świata!

-Tak, tak - odparła je machając czymś co wyglądało jak przepychaczkę do ubikacji.

Świat przed oczyma Terxiny się rozmył, błysnęło i…
...wylądowała całkowicie naga na wielkim stole z mnóstwem jedzenia, łamiąc go w połowie i zrzucając na siebie stojące na nim smakołyki. Otwarta butelka wina chlusnęła jej w twarz swoją zawartością, na co ona sprawnie ja chwyciła, po czym się niej przyssała uświadamiając sobie jak bardzo jest spragniona.

Możliwość napicia się ukoiła jej nerwy, nawet jeśli wino było słabiutkie, najważniejsze, że smak wydawał się znajomy, podobnie jak symbol Elratha na ścianie przeciwległego budynku… tak wróciła do siebie.

- Hej! Czy to nie jest soczek chlany przez tych żałosnych wyznawców złotej jaszczurki?! - zawołała wesoło powoli wstając, po czym… coś sobie uświadomiła.

Tuż pod symbolem słońca znajdował się transparent z napisem “Wielki Zjazd Wyznawców Elratha”. Rozejrzała się wokół.

Znajdowała pośrodku wielkiego, cudownego ogrodu, a wokół niej stało mnóstwo paladynów, inkwizytorów, egzekutotrów, rycerzy i kapłanów.
Nigdy w swoim życiu nie widziała tylu wojowników światłości naraz.

***

- Może jeszcze z tej całej afery będzie jeszcze jakaś pociecha - mruknęła starożytna istota. Po pełnej asymilacji biowszczepu, który zaaplikowała demonicy, będzie mogła z nią nawiązać trwały kontakt.

Może jej świat będzie warty kolonizacji?

Matheo PW
29 kwietnia 2014, 19:44
Ciężka sprawa. Garett dostaje dużego plusa, za wykorzystanie fabuły poprzednich walk. Xelacient miał zdecydowanie lepsze i bardziej szczegółowe opisy.

Według mnie lepszy był Garet. Wygrał dzięki znacznie lepszej scenie walki.

Belegor PW
5 stycznia 2016, 11:47
Czas na walkę numer....5!!!

Mizuhebi (Belegor) VS. D.U.N.C.A.N. (Garett)

Założenia by Acid Dr(unker)agon:

Acid Dragon:

W trakcie toczenia walk z Waszymi odwiecznymi przeciwnikami zostajecie w tajemniczy sposób przeniesieni do zupełnie innego świata. Stajecie na arenie jako gladiatorzy. Wraz z Wami przeniesiono też wojowników i magów z najróżniejszych światów. Znajdują się tu też:
- elitarny, uskrzydlony żołnierz Kreegan, znający magię ognia,
- władający mocami Pustki Mówca Zaświatów,
- czteroręki, umięśniony olbrzym z rasy Shokan
- oraz postać ubrana w czarny habit z czerwonym, świetlistym mieczem.
Cel wydaje się oczywisty - walka na śmierć i życie. Tylko zwycięzca wywalczy sobie wolność. Ale może da się ją wywalczyć inaczej?

Arena to klasyczne koloseum w stylu rzymskim. Wszelkie drogi ucieczki zostały odcięte. Za masywnymi kratami w lochach słychać okrzyki innych porwanych, przyszłych gladiatorów. Centralną postacią na widowni jest miejscowy cesarz - zasłaniający twarz niebiesko-metalicznym hełmem z czerwonymi oczami. Widownia zaś to wiwatujący tłum złożony z przedstawicieli tak wielu różnych ras, że nie da się ich nawet wyliczyć. Na ścianach areny wiszą prymitywne bronie, po które można sięgnąć - topory, włócznie, krótkie miecze, maczugi.
Wszelkich zagrodzonych i zamkniętych wyjść strzegą dodatkowo milczący i stojący w bezruchu czarni rycerze. Wydają się być bezwzględnie posłuszni swoim rozkazom. Nie oddychają. Jasne jest, że będą interweniować tylko, gdy zostaną zaatakowani lub gdy ktoś będzie próbował sforsować przejście.

Możecie korzystać ze wszystkiego, co mieliście przy sobie w momencie przeniesienia, ale nie możecie liczyć na jakąkolwiek formę kontaktu z czymkolwiek lub kimkolwiek z Waszego świata.

Kammer PW
5 stycznia 2016, 13:59
Belek, masz tu lepszego Nethermantę, podmień sobie.

Belegor PW
9 stycznia 2016, 15:56
Ostatnie co pamiętam to była walka. Wraz z braćmi brałem udział w bitwie o Nagayamę. Przy ruinach Shantirii odkryto zgromadzenie magów pustki. Byli w trakcie rytuału, który miał za zadanie przywołać Shalassę, by ją zabić. Nie mogliśmy pozwolić na śmierć naszej smoczej bogini. Z pomocą przybyli magowie, którzy od dawna tropili zdrajców nauk Sar-Elama. Mieliśmy taktyczną przewagę i element zaskoczenia. Teoretycznie powinniśmy byli wygrać…jednakże nie wszystko potoczyło się zgodnie z planem. Gdy tylko przeszliśmy przez teleporty oni już na nas czekali z bronią i gotowymi do użycia zaklęciami.
To była obustronna rzeź. Przed walką wyruszyło wielu z nas, ale w bitwie oni….zniknęli, a ja nawet nie jestem w stanie przypomnieć ich imion. Nie pamiętałem z kim walczyłem poza moimi starszymi braćmi. Mimo to nie ustępowaliśmy pola nihilmantom. Wielu zabiliśmy przy pierwszej fali, ale ich magia była potężna. Byłem zmuszony do wielokrotnego użycia swoich karawaszy. Gdy byłem gotów przywołać kolejne żywiołaki wody, stanąłem w szranki z jednym z Mówców Zaświatów. Nie dał mi czasu na rzucenie zaklęcia. Chciał mnie wessać, przez dziwny wir, ale w porę uniknąłem uderzenia. Sam rzucałem lodowymi włóczniami, ale on je z łatwością wysysał i obracał je przeciwko mnie. Musiałem uciekać się do defensywy. Wkrótce do niego dołączyło kilku innych magów. Nie miałem innego wyjścia jak wezwać tsunami. Zaklęcie podziałało połowicznie. Towarzysze mówcy zniknęli, lecz on sam stał niewzruszony. Stanęliśmy naprzeciwko siebie, wiedząc że nie możemy się hamować. Trzeba było użyć całej mocy, jaka nam została. Wytworzyłem sobie lodowe miecze, Mówca chwycił mocniej kostur i ruszył naprzód. Widziałem jak szykuje do użycia jakiegoś zaklęcia bezpośredniego. Zmusiłem swoje ciało do ostatniego wysiłku. Zamachnąłem mieczami, wówczas mag odskoczył od zasięgu mej broni i wykorzystując moment mojej nieuwagi wezwał portal do świata pustki. Myślałem, że już po mnie, lecz za mówcą był mój brat i przeciął plecy maga, uniemożliwiając mu dokończenie zaklęcia. Myślałem, że portal się rozmyje, lecz ten pokrył się jaskrawym światłem i oślepił mnie. Straciłem przytomność.

Pierwsze co ujrzałem to wielkie kraty i splamiona krwią ziemia. Byłem zakuty w kajdany, nie wiedziałem gdzie jestem. Rozejrzałem się wokół siebie. Wzrok powoli mi się wyostrzał, ale nie mogłem uwierzyć własnym oczom. To co widziałem, przerosło wyobraźnię nawet największych bardów. Istoty różnych kształtów i rozmiarów. Przedstawiciele ras, których dotąd w Ashan nie widziałem. Wśród nich był czteroręki, olbrzymi mężczyzna z kitą włosów z tyłu głowy. Jego wyraz twarzy nie mówił nic dobrego. Hałas był ogromny, za mną było słychać jęki torturowanych istot. Nie wiedziałem co myśleć. Czułem się dziwnie osłabiony i otępiały. Nagle kraty się otworzyły. Weszli do niej wysocy uzbrojeni w czarne zbroje, tarcze i ogromne halabardy humanoidy. Nie było widać kim oni byli, nawet się nie odzywali. Wyjęli mnie i olbrzyma z kajdan i zabrali ze sobą. Myślałem o ucieczce, nie tylko ja. Czteroręki mężczyzna próbował się wyrwać, ale wojownicy byli na to gotowi. Porazili go piorunem, nie wzywając żadnego zaklęcia. Skoro taki siłacz nie dał im rady, to co dopiero ja. Musiałem „płynąć” z prądem i pozwoliłem im się zabrać. Nie wiedziałem gdzie jestem, ale po ruchu powietrza i jego świeżości czułem że kieruję się ku górze, ku powierzchni. Niedługo potem do uszu dotarł inny hałas. Wkrótce tak jak przewidziałem, czarni żołnierze zabrali mnie i olbrzyma na powierzchnię. Widok, który ujrzałem przeraził mnie. Za krat widziałem ziemię czerwoną od krwi. Na niej walczyły dwie postacie. Jeden był zakapturzony i trzymał dziwny miecz ze światła, nie wyglądał jednak na wyznawcę Elratha. Drugi zaś wyglądał jak urodziwy mężczyzna, z czarną peleryną. Wkrótce okazało się, że „strój” był tak naprawdę złożonymi skrzydłami. Nie to jednak było przerażające. Walkę obserwował tłum różnorodnych istot. Było ich tak wiele, że przeraziłem się jak mała bardzo jest moja wiedza o mieszkańcach Ashanu. Nie spodziewałem się takiej ogromnej różnorodności. To było niemożliwe. Nie miałem czasu przyglądać się walce, mimo to zrozumiałem po co tu jestem. To była arena gladiatorów. Takie same urządzały demony dla swoich jeńców by dla swej rozrywki patrzeć jak niewolnicy walczą na śmierć i życie. Czyżbym stał się ich niewolnikiem? Gladiatorem, który ma zabijać po to by ich ucieszyć? Czyżbym trafił do Sheoghu? Ale ci wszyscy nie mogli być demonami. To gdzie na Ashanie wylądowałem? Mój umysł trapiły pytania, na które nie byłem w stanie odpowiedzieć, a jedyne istoty, które posiadały takową wiedzę milczały jak zaklęte. Nawet nie zauważyłem kiedy zniknęła straż z olbrzymem.
Wkrótce trafiłem pod arenę. Tam odziali mnie w zbroję, którą miałem podczas walki z Mówcią Zaświatów, oraz moje lodowe miecze. Zdziwiłem się, że aż tyle wytrzymały. Potem zabrali mnie pod bramę, byłem gotów do walki, ale z kim miałem walczyć? Ujrzałem jak targali po ziemi zakapturzonego rycerza. Zamiast miecza, trzymał w dłoni jakiś dziwny, króciutki kij. Czyżbym miał walczyć z tamtym skrzydlatym humanoidem? Wrota się otworzyły, nie miałem innego wyjścia jak wejść na arenę. Tłum wiwatował w nieznanych mi językach. Naprzeciwko mnie był ten czteroręki olbrzym. Nie miał ze sobą broni, widocznie jak go złapali nie miał przy sobie żadnej. Nagle tłum ucichł. Zauważyłem ruch wśród widowni. Zobaczyłem jak w jakiejś loży wstał dziwnie uzbrojony humanoid z niebeskim hełmem, rogami i czerwonymi kopułami na miejscu oczu. Musiał być kimś ważnym, może nawet ich przywódcą, lub właścicielem areny. Coś powiedział i podniósł ręce, to musiało oznaczać rozpoczęcie walki, bo tłum wybuchł radośnie. Musiałem walczyć, ale nie chciałem zabić nikogo. Olbrzym miał inne podejście. Ruszył od razu na mnie z rykiem i zaciśniętymi pięściami. Postanowiłem zaczekać na niego, a w chwili przed atakiem zamachnąć się lodowymi mieczami. Efekt był zaskakujący, miecze pękły jakby były z drewna. Jedynie zraniłem powierzchownie jego ręce, zaś ja leżałem kilka metrów od niego poobijany. Ból był duży, ale wytrzymywałem gorsze obrażenia. Wstałem, spojrzałem przed siebie. Tłum wiwatował, zaś olbrzym cieszył się z tego. Zachowywał się, jakby był urodzony do takich walk. Musiałem uciec się do magii. Zacząłem wzywać lodowe sople. Powiedziałem poprawnie inkantację, ale nie było żadnego efektu. Byłem zaskoczony i przerażony. Nie mogłem pomylić się w zaklęciu. Zacząłem szukać przyczyny mego niepowodzenia. Spojrzałem w górę. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Na niebie nie było księżyca Ashy, jedynie jakieś 2 niebieskie kule, zaś gwiazdy tworzyły nieznane dotąd mi gwiazdozbiory. Dopiero teraz zrozumiałem, że nie jestem w Ashanie. Nie mogłem polegać na magii, więc mogłem polegać jedynie na swojej sile. Zacząłem szukać broni, ta na szczęście wisiała na ścianach areny. Szybko tam podążyłem, lecz czteroręki nagle doskoczył i stanął na drodze. Nie chciał dopuścić mnie do ściany. Rzekł coś w swoim języku i zaatakował. Musiałem odpowiedzieć również ciosem. Połączyłem ręce i wykonałem uderzenie w jego splot słoneczny. Ten jednak zdołał zatrzymać cios i złapał za karwasze. Impas. Siłowaliśmy się, olbrzym był silny, ale na moje szczęście karwasze miały jeszcze w sobie zaklęte żywiołaki wody, przez ich aurę dłonie olbrzyma stały się wilgotne. Wykorzystałem okazję. Ogonem podciąłem mu nogi, po czym uwolniłem swoje ręce ześlizgując się z jego uścisku. Jedną parą rąk złapałem jego środkowe kończyny, a drugą parą uderzyłem z całej siły w splot słoneczny. Potwór złamał się w pół. Musiałem mu wyrwać ze stawu jedną parę kończyn. Teraz miałem szansę zakończyć walkę. Owinąłem się wokół niego i zacisnąłem mięśnie swego ciała z całej siły. Zacząłem go dusić. Wyrywał się, ale to powodowało tylko silniejszy uścisk. Tłum krzyczał wniebogłosy. Duszenie zajmowało dużo czasu, zaś moje wężowe ciało powoli sztywniało. Nie byłem typem siłacza, więc musiałem działać szybko. Usłyszałem skandowanie, było ono natarczywe i choć nie znałem ich języka, czułem co ono oznaczało: „Zabić, zabić”. Nie miałem wyjścia. Musiałem to zrobić. Z resztą siły złapałem go za głowę i powiedziałem:
- Wybacz mi.
Skręciłem mu kark. Głuchy trzask, a po chwili głośny i radosny ryk tłumu. Odszedłem od ciała swojego przeciwnika. Nie czułem się z tego powodu dumny. To nie była honorowa walka. Nie byliśmy wojownikami, tylko zabawkami. Wkrótce zabrali mnie do lochu, ale już na poziomie areny. Nie zakuli w kajdany, nie musieli. Nie było możliwości ucieczki. A nawet gdybym uciekł to jak miałbym wrócić do swojego świata? Rozmyślania przerwało mi stukanie w kratę. Obejrzałem się za siebie. To był ten skrzydlaty młodzieniec. Siedział do mnie tyłem, po czym powiedział coś w nieznanym mi języku. Odrzekłem mu:
- W-wybacz, ale nie rozumiem cię w ogóle.
Nieznajomy odchrząknął i powiedział:
- Czyli jednak nie jesteś z Bracady. Jak masz na imię nagu i skąd jesteś?
Byłem zaskoczony, że odrzekł w moim języku. Odpowiedziałem mu:
- J-jestem Mizuhebi, jestem kapłanem trzech świątyń w Hashimie, Ashan. A ty, kim jesteś i skąd znasz mój język? Gdzie ja się znalazłem? Co tu się dzieje?
- Łoł, łoł… spokojnie nagu. Nie wszystko na raz. Po pierwsze. Mam na imię DUNCAN, a jestem… to dość skomplikowane, powiedzmy, że jestem strażnikiem i pracuję dla Starożytnych. Widzę, że i to nic ci nie mówi. Wybacz, prościej nie umiem. Co do języka…mam parę talentów. Nie wiem na jakiej planecie jesteśmy. Wydaje mi się, że to ciemna strona Xeen, ale głowy nie daję. Jak zauważyłeś, jesteśmy gladiatorami i walczymy na arenie. Turniej urządził ten blaszak w niebieskim, rogatym hełmie. Mówią na niego Alamar, to ich władca. Mam jednak wrażenie, że to ktoś inny. Powiedzmy, że to intuicja.
Byłem załamany, faktycznie byłem na innej planecie. Nie dość, że byłem zniewolony dla rozrywki obcego mi ludu, to jeszcze nie wiem jak daleko jestem od Ashan. Czułem się zagubiony. Duncan próbował oderwać mnie od załamania:
- Dziwny z ciebie wojownik. Walczyłeś lodowymi mieczami i co takiego robiłeś rękoma? Medytowałeś?
- S-ssa nie jestem wojownikiem, tylko magiem. Niestety nie wyczuwam obecności mojej smoczej bogini, Shalassy. Przez to…moja magia nie działa. Tylko te karwasze działają, mam swoje żywiołaki wody, ale tylko raz ich mogę użyć.
- Oooh… smoki bóstwami? Pierwsze słyszę, dziwny jest ten wasz Ashan. Opowiedz mi trochę o twoim świecie.
Wkrótce wyjaśniłem mu to co sam wiedziałem o swoim świecie, doszedłem do momentu walki z nihilmantami i pobudki w lochach. Duncan słuchał uważnie i nie przerywał. Był zaskoczony wieloma rzeczami, które dla mnie były oczywiste. Zrozumiałem, że wiedział on o Ashy i Urgashu tyle, co ja o jego Starożytnych. Gdy skończyłem podsumował:
- Ashan…jej zasłona … Pustka… antymateria. Chyba wiem jak ci pomóc. Nauczę cię panującej w tym świecie magii wody. Z tego co usłyszałem walczyć będziemy razem. To ma być ostatnia walka. Finaliści będą walczyć ze sobą. To może być nasza szansa na ucieczkę, ale musimy przeżyć główną walkę. Niedługo dowiemy się, kto będzie z nami walczyć. Starczy nam czasu. Przy okazji, nie patrz mi w oczy. Mój wzrok jest paraliżujący, dzięki niemu pokonałem ostatniego przeciwnika. Biadolił coś o ciemnej stronie mocy, a raz spojrzał i ta moc go opuściła.
Wkrótce poznałem tajemnicę jego tatuaży. Twarzy nie ujrzałem, nie musiałem. Jego wiedza bardzo mi pomogła. Otworzyła nowe horyzonty na magię. Po raz pierwszy mogłem rzucać zaklęcia, które nie były modlitwami do swego bóstwa. Byłem bliżej nihilmantom, ale nie czułem się w żaden sposób równy smoczym bóstwom. Niedługo potem odkryliśmy, którzy wojownicy zostaną naszymi przeciwnikami. Skrzydlata kreatura podobna do demona i… Mówca Zaświatów, z którym walczyłem. Duncan wyjawił mi, że ten pierwszy był Kreeganem, stworem Kreatorów, którzy byli śmiertelnymi wrogami Starożytnych (tak jak demony Urgasha, dzieciom Ashy). Był mistrzem ognia, zdradził mi ich tajemnice, a w zamian opowiedziałem mu dokładnie o zaklęciach nihilmanty. Mieliśmy plan ucieczki i niedługo zbliżał się czas jego wykonania.
Otworzyły się kraty. Czarni żołnierze weszli do środka i zabrali nas. Nadszedł czas walki. Na widowni pełne tłumy, łącznie z ich liderem Alamarem. Nasi przeciwnicy też byli na swoich miejscach. Ustawiliśmy się, ochraniając wzajemnie plecy. Czekaliśmy na sygnał. Alamar podniósł się i ogłosił, że walka się rozpoczęła. Wsparłem nas błogosławieństwem, a potem ruszyliśmy do ataku. Przeteleportowałem się do kreegana, zaś Duncan zajął się Mówcą Zaświatów. Demoniczny stwór wezwał kulę ognia, odpowiedziałem lodowym pociskiem, a następnie otoczyłem go za pomocą klonowania. Duncan również sobie radził ze swoim przeciwnikiem. Znał istotę jego magii, więc nie miał problemu ją skonfrontować ze swoją. Nauczył mnie wiele zaklęć z magii wody, ale większość jego wiedzy była poza moim zasięgiem. Musiałem się jednak skupić na swoim przeciwniku. Kreegan oślepił klona i zaatakował pazurami. Kiedy zorientował się, że nie trafił we mnie ja rzuciłem strefę zimna. Potwór przetrzymał atak i nagle zaczerwienił się tak, jakby coś gotowało go od środka. Wówczas jego ataki przyśpieszyły i wzmocniły się. Ledwo uniknąłem jego ciosów, musiałem się przeteleportować i poświęcić klona. Wykorzystując to, że kreegan był zajęty likwidacją moich klonów, rzuciłem na niego osłabienie. Zaklęcie okazało się bardzo skuteczne, gdyż stwór spowolnił znacznie swe ruchy. Oddychał ciężko, wówczas mnie zaskoczył. Wezwał do walki jakieś ognistych ludzi, by po chwili ich poświęcić. Po dwóch zaklęciach wyglądał jak nowo narodzony. Nagle jego ciało pokryły promienie, nie mogłem się jak zbliżyć do niego. Wkrótce poczułem również dziwnie osłabiony, a przy ruchu się słaniałem. Kreegan ruszył na mnie, po drodze wywołując potężny wybuch. Nie zdołałem go uniknąć. Byłem poparzony i ranny. Domyśliłem się, że demon rzucił na mnie klątwy, użyłem więc Rozproszenia zaklęć. Odzyskałem siły, więc mogłem wyleczyć rany. Kreegan upadł na kolana. Widocznie ostatnie zaklęcie odebrało mu siły. Wykorzystując chwilę, użyłem na siebie Modlitwy i wezwałem żywiołaki wody. Zamiast nich dostałem jakieś niebieskie syrenopodobne stwory z rybimi głowami. Nie znały zaklęć, ani nie strzelały. Podpełzły do kreegana i młóciły go swoimi ogonami. Nie wydawało mi się efektowne, ale kreegana to chyba bolało bo wpadł w furię. Ostatkiem sił, zamienił je w kałuże wody. To były jednak ruchy agonalne. Dobiłem go magiczną strzałą w jego rogaty łeb. Pokonałem go, choć niemal wyczerpałem swoją moc. Obejrzałem się za siebie, Duncan akurat odesłał Mówcę Zaświatów w niebyt. Tłum wiwatował wniebogłosy. Alamar wstał i coś powiedział. Domyśliłem się, że teraz Duncan i ja mamy ze sobą walczyć. Zaczęliśmy od klonowania i razem ze swoimi kopiami rozpoczęliśmy pojedynek. Rzucaliśmy zaklęcia które miały zasłaniać widoczność. Gdy było mgliście wypuściłem swoje duchy wody by uwolniły jeńców. Duncan rzucił na nas antymagię i wezwał deszcz meteorów. Pojedyncze głazy trafiały w widownię. Wywołało to panikę. Gdy mgła opadła tłum zobaczył, że jeńcy i gladiatorzy uciekli i z broniami szli ku czarnych żołnierzy strzegących bram. W panice gapie zaczęli uciekać tratując wszystko dookoła. Alamar zniknął, a jego loża została opuszczona. Udaliśmy się tam natychmiast. Tak jak Duncan przewidział, było tam dodatkowe wyjście. Wezwałem z powrotem swoje żywiołaki by nam pomogły w ewentualnej walce. Weszliśmy do środka. To był pojedyńczy, skromny korytarz. Nikt go nie pilnował. Na końcu drogi była komnata z nieaktywnym już portalem. Na stole leżała dziwna kula. Duncan był wściekły, odpowiedział:
- Niech to szlag go trafi! Uciekł nam!
- To co zrobimy? Jak my stąd wyjdziemy?
- Spokojnie, bariera tu już nie sięga, możemy stąd się przeteloportować lub udać się tradycyjnym wyjściem. Nawet te mechanoidy nie dadzą rady tak wielkiej sile liczebnej.
- Mechanoidy?
- E….to coś jak golemy, ale bez zaklęć. Ciężko to wytłumaczyć, powiedzmy że ta technologia znacznie przewyższa zdolności waszych czarodziei. Kurcze, zabrał ze sobą wszystko co było mu potrzebne do przejścia przez portal. Nijak go otworzymy.
- Czyli zostałem uwięziony na tym Xeen na zawsze? Kssso…jesstem zgubiony.
- Głowa do góry Mizuhebi. Skoro ten „Alamar” potrafił cię wyrwać zza zasłony Ashy, to moi przełożeni z pewnością będą mogli cię tam zabrać z powrotem. Nie zostawię cię tu samego.
- Dzięki przyjacielu.
- Lecz najpierw zabierzmy tą kulę na jej miejsce. Wydaje mi się, że będzie kluczowa dla tej planety.
strona: 1 - 2
temat: [RPG] Cave - Combat

powered by phpQui
beware of the two-headed weasel