Kwasowa Grota Heroes VIIMight & Magic XDark MessiahHorn of the AbyssHistoria Światów MMSkarbiecCzat
Po cmentarzu włóczy się:
   Andruids
jesteś zalogowany jako Nieznajomy
zaloguj się    załóż konto
Nieznane Opowieścitemat: [RPG] Wojna Żywiołow: Dzień Pioniera
komnata: Nieznane Opowieści
strona: 1 - 2 - 3 ... 8 - 9 - 10

Xelacient PW
16 lipca 2010, 12:28
Planeta Grauhan stanowiła jedną z nowych planet Federacji, co prawda ataki żywiołaków już się na niej nie zdarzały, jednak na wskutek przeludnienia i „silnej tradycji plemiennej” wciąż uchodziła za niezbyt bezpieczne miejsce, zwłaszcza z dala od dużych miast.

Składał się na nią bagnisty kontynent Gnalkosh (tereny gnoli) oraz archipelagi wysp rozrzuconych po oceanie zasiedlonych przez gobliny, jednym z nich był łańcuch wysp zwany „Szponami Ziemi” nazwa była nieprzypadkowa, nagie skały podmywane przez zimny prąd morski płynący od południowego bieguna tworzyły zdradliwe wody z wysepkami nie nadającymi się do uprawy.
Jednak to tutaj rozegrał jeden z najważniejszych momentów w dziejach tej planety, potężny ród elfów kolonizując ją 236 lat temu na własną rękę zbyt daleko posunął się w podporządkowaniu sobie rdzennej ludności, potężny zbiorowy bunt zmusił przybyszów do ewakuacji. Po 30 latach tubylcy wciąż nienawistnie odnosili się jakichkolwiek kolonizatorów. Wobec tego Rada Starożytnych zdecydowała się wysłać swojego przedstawiciela zwanego „Wyciszaczem” tudzież „Starym dziadem”. Według oficjalnych danych ten Starożytny, będący od dłuższego czasu w „stanie spoczynku” przybył w celach „rekreacyjnych”.
Nieoficjalnie miał zrobić to co zwykle, czyli „wyciszyć niechęć”.
Przez następne kilka lat przez planetę przetaczały się klęski żywiołowe, nagłe przymrozki, trąby powietrzne, susze spadały na rejony gdzie wcześniej nawet o nich nie słyszano.
Ale najgorsza była bezpłodność, coraz mniej kobiet rodziło dziecie, a to co się rodziło no to miano nie zasługiwało.
Następne 6 lat obfitowało w mniejsze lub większe wyprawy mające pokonać lub chociaż przegonić „emisariusza śmierci”, bezskutecznie.
W końcu zjednoczone gobliny i gnole pokornie poprosiły o „Protekcję Starożytnych przed Żywiołakami i Demonami”, zaś „Wyciszacz” odleciał gdzie indziej, oczywiście w celach „rekreacyjnych”. Niedługo potem wszystko wróciło do normy.
Jednak od tej pory wyspa zyskała przydomek „Stracone życie”, zaś dla rdzennej ludności stała się wręcz przeklętym miejscem, wiec pomimo rozbudowanej infrastruktury nie było chętnych do osiedlenia się choćby w pobliżu.
W końcu zdecydowano przerobić twierdzę na więzienie, a właściwie na kolonię karną która miała „ucywilizować” podbiegunowy archipelag.
Wzrost znaczenia „Twierdzy Straconej Nadziei” nastąpił po rewolucji przemysłowej gdy okazało się, że bazaltowe skały z których składała się wyspa idealnie nadają się do składowania wszelkiego rodzaju chemicznych odpadów. Kolonia karna nagle przestała być kłopotliwym miejscem, a stała się istną żyłą złota.
Obecnie archipelag Szponów Ziemi stanowił największe skupisko gargulców na Grauhan, którym miejscowy klimat bardzo odpowiadał.
To one zawarły układ z Marthenem: gnollem który był „dyrektorem” więzienia wedle którego on dostawał 70% zysków, zaś reszta szła na „utrzymanie” kolonii.
Życie upływało więźniom w całkiem znośnych warunkach, jednak nie na tyle, by nie skorzystali z okazji jaką dawał program resocjalizacyjny, około 82% skazanych postanowiło zaryzykować i zacząć nowe życie, daleko stąd.
W końcu nadszedł dzień odlotu, powoli wstawał świt.

***

Lekki ból głowy.
Gregory ocknął się na swoim krześle, za oknem jego „celi” szarzało, znowu zasiedział się w nocy nad papierami, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby.
Od samego początku odsiadki zajmował się zarządzaniem, sam nie mógł się nadziwić tej sytuacji. Ale powód był prosty: bazaltowe skały tworzyły nieprzepuszczalne warstwy idealne do składowania chemicznego syfu. Korporacje pchały się jedna przez drugą, żeby legalnie pozbyć się odpadów po atrakcyjnych cenach.

W samym więzieniu nie brakowało leszczy od wiercenia skały, ale już gości którzy potrafili przypilnować cały ten bajzel było jak na lekarstwo.
W końcu nic dziwnego, przestępcy finansowi raczej nie trafiali do więzienia dla morderców i bandytów. O pracownikach cywilnych nie było co marzyć, bo wszystkich chętnych odstraszał surowy klimat odciętej od świata wyspy, plotki o rzekomym skażeniu terenu a także samowolka więźniów (to ostatnie akurat było prawdą).
Dlatego Shred zaraz po zapadnięciu wyroku miał osobiste spotkanie z dyrektorem, na którym otrzymał „propozycję nie do odrzucenia”, niestety Marthen na koniec wyraźnie powiedział, że „Podoba mi się co zrobiłeś z ta suką, ale bez takich numerów na miejscu, bo ktoś na mnie doniesie.”

Na miejscu od razu wziął się do roboty, dzięki temu po kilku latach odsiadki, dorobił się dwuizbowej celi (łazienka z gabinetem) oraz niezłego poważania wśród współwięźniów. Oczywiście było mu daleko do „elity” którą np. stanowił: Gurbund (planetarny rekord gwałcenia elfek), Alrand (planetarny rekord gwałcenia krasnoludów) czy Otr (galaktyczny rekord istot potrąconych po pijanemu wózkiem hipermarketowym). Nie wspominając o „numerze jeden” gnolu Kogiem, który zajebał Tulonderowi jego antygrawitacyjny traktor (Wszyscy się dziwili, że nie skończył jako wysokogatunkowy nawóz do kwiatków).

Z drugiej strony było sporo osób które dałyby sobie rękę uciąć by mieć takie warunki i taki prestiż jak Greg. Znakomitym tego przykładem są mniejszości gatunkowe jak lepekauny, ryboludzie czy harpie.
Dzięki wpływom Buttera więźniowie mogli się dowolnie wyżyć się na tych śmiesznych stworzonkach ku uciesze kolegów.
Gorszy los miały już tylko „jednostki wybitne". Znakomitym tego przykładem są tak znienawidzone osobistości jak: pół-olbrzym Teddy (znany z aktów pedofilskich), Alex II Wielki (szczególnie nielubiany konfident i kapuś z pochodzeniem szlacheckim) oraz Oggy (bez wyraźnego powodu). Więcej przykładów nikt podać nie potrafi. Tylko Ci nie popełnili z desperacji samobójstwa. Jeszcze...

Niestety na więcej nie mógł sobie pozwolić.
Pomimo tego Butter nie narzekał i sumiennie wykonywał swoje obowiązki. Gdyby robił inaczej to pewnie nie siedział by przy swoim pięknym biurku. Wykonane było z rzadkiego rodzaju drewna którego można było zdobyć tylko z pewnego dalekiego i mało znaczącego układu planetarnego, który jest znany tylko z wyżej wspomnianego drewna i gigantycznego pasu planetoid. Ten fakt dodawał otuchy Gregowi, który był bardzo zadowolony z posiadania własnego kącika. Na biurku oprócz porozrzucanych papierów znajdowało się też kilka osobistych rzeczy. Były to głównie archaiczne gadżety o małej przydatności. Lampka lava, budzik, elektroniczna ramka na zdjęcia a także pieczątka oraz rozwalony segregator. Kiedyś można było też na nim znaleźć pozostałości po słodyczach ale administracja wycofała się z nieopłacalnej inicjatywy lepszego odżywiania więźniów. Za przyczynę podano złą jakość produktów ale każdy wiedział, że chodziło o „bursztynowe”. Shred tej zmiany nawet nie zauważył. Obfite śniadanko, obiadek z dwóch dań i smakowita kolacja wystarczały mu całkowicie, chociaż… w nocy śnił mu się świeżutki placek z galaretką, niewiadome czemu.
W samym segregatorze walało się więcej papierów niż zwykle,

bilans kwartalny(w ostatnim momencie udało się im sfinalizować kontrakt z tym elfim „prawie-nieśmiertelnym” rodem), formularze z osobistymi zamówieniami, listę „rotacji kadr” wyróżniającymi się pozycjami na liście była, jakaś elfka ziemna (brzmiało nawet nieźle) drakonid (brzmiało gorzej) oraz odpowiedź na swoje podanie o treści następującej:

Wobec pańskiego bogatego doświadczenia w handlu uzbrojeniem, liczne starcia, zwłaszcza z istotami władającymi magią oraz zdolności organizatorskie mam przyjemność zakwalifikować pana jako kolonistę. Na planetę Wenga poleci pan statkiem „Goodshift”.
Gar –tek-kan, koordynator programu resocjalizacyjnego
Ps. Chciałbym się z panem spotkać osobiście.

Czytanie tego „listu” sprawiało mu przyjemność, był zwiastunem zmian, które miały mu przynieść to czego najbardziej mu brakowało w więzieniu.
Czyli piwa (w dużych ilościach), pięknych kobiet, radia, pukaw oraz magicznych kolesi na których mógłby je używać.
Z wiadomych przyczyn to wszystko było dla niego nieosiągalne. Jedynie radio mógł otrzymać za dobre sprawowanie. Wnioski odpowiednie wypełniał wiele razy ale wszystkie ginęły w
„morzu biurokracji”. Niezłamany tym faktem systematycznie wypełniał kolejne ale prędzej wyjdzie z paki niż doczeka się upragnionej rzeczy.

Ale jeszcze trochę wytrzyma i w imię postępu, będzie tłukł żywiołaki, miła wizja, ale do tego czasu…

Rozległo się pukanie do drzwi.
-Wchodzić! – krzyknął krótko.
-Dzień dobry panie Shred – był to Bazalk, gargulec będący jego „osobistym strażnikiem” – mam pańskie zamówienie, rzekł stawiając na jego biurku pokaźne pudło – wszystkie spluwy co sobie pan życzył– łącznie z Maxem.
- No kurwa! W końcu doszło!
- Na dole czeka, no ten przedstawiciel Skorpiniorów którego imię zaczyna się na ...Gar? Wraz ze swoim „ochroniarzem”, chciałby się z panem widzieć.

Gregory nie odpowiedział. Podniósł pudło. Było całkiem ciężkie. Otworzył je i zaczął szukać po omacku swojego amuletu. Po dłuższej chwili wygrzebał swoje cacko. Zdegustowany opłakanym stanem Maxa, szybko schował go z powrotem do pudła i spojrzał na biurko.
- Wypadałoby posprzątać. Taki burdel chyba źle o mnie świadczy. Najlepiej jakby magiczna hołota w ramach resocjalizacji sprzątała mi biurko. Z biczem nad głową oczywiście - wymamrotał - Pierdolę to jebane sprzątanie.

***

Oczekiwanie.
Podobno To, co jest uważane za normalność, to tylko wąski krąg światła wokół ogniska wobec ciemności nocy. Shred pewnie nawet nie domyślał się, że w jego poukładany świat „dobrej technologii i złej magii” wkroczyła istota która wprawiłaby w zdumienie większość magów których wcześniej dorwał.
Nie wiedział, że w czasie snu padł ofiarą istoty która przybyła z najgłębszych otchłani kosmosu, nie pamiętał już co kazała mu zrobić. Ale to coś wciąż przebywało w jego gabinecie. Pewnie mu nawet przez myśl by nie przeszło, że torba do której spakował swoje ubrania, stała się leżem przybysza. Istoty która czekała…
chociaż sam nie wiedziała na co.

Cała akcja była dla Placka Z Galaretką istną bułką z masłem, w nocy wleciał przez okno, umysł humanoida stawiał zacięty opór, ale zmęczenie i zaskoczenie w czasie snu zrobiło swoje i po chwili jego silna wolna stała się niczym galaretka.
Obecnie Placek wygodnie sobie leżał między swetrem o kurtką w pudełku po wczorajszym obiedzie (oczywiście wymytym na jego osobisty rozkaz), gdyby nawet ktoś by go znalazł, z pewnością wziąłby go za „normalne” zachomikowane ciasto.
Resztę nocy spędził na omijaniu wytłumiających właściwości ubrań, dzięki temu obecnie bez trudu wyczuł zmianę wibracji w pomieszczeniu, zmiana głębokości oddechów i przyspieszenie akcji serca oznaczało, że jego „nosiciel” przebudził się, potem wyczuł drgania podłogi, jakaś istota weszła, po czym wyczuł większy wstrząs, regularne drgania straciły na sile, oznaczało to, ze ta istota przyszła z czymś ciężkim i to postawiła, po czym wyszła. Wibracje powietrza wytwarzane przez krzesło i tekturę, upewniły go, że humanoid wstał.
Póki co nie było powodów zmieniać pozycji, jak dobrze pójdzie to będzie towarzyszył tej istocie, czuł, że w ten sposób, znajdzie to czego szuka… Ale czego?

***

Intensywny zapach ziół.
Promienie słońca wpadające przez zasłonę obudziły Andromacha. Kirinotuar przytomnie rozejrzał się po niewielkiej izbie i od razu usiadł na swoim posłaniu z wysuszonych roślin, nie był zaspany, dzięki dostosowaniu swojego trybu życia do cyklu dnia i nocy, nie miał problemów ze snem.
Na początku nie było to zbyt proste, rycie podziemnych skał było mordęgą, zwłaszcza na nocną zmianę, na dodatek „magiczni” byli mniejszością i to mniejszością pogardzaną .
Jednak jak na swoją grupę miał całkiem niezły status, z początku wynikało to zapewne z prestiżu jaki niesie ze sobą wyrok za „masowe morderstwo”, jednak szybko doceniono jego umiejętności dzięki czemu obecnie pracował w szklarniach, podstawowym źródle żywności dla całej kolonii obok połowów. Całkiem przyjemna robota, zwłaszcza na wyspie nieustanie smaganej przez zimny wiatr z południa, nawet teraz, w środku lata.
Nawet udało mu się dogadać z gargulcami, mógł hodować swoje zioła, większość plonów co prawda oddawał do „kontroli jakości”, ale nie narzekał. Nawet wszedł układ z Keore, ona załatwiła mu zdjęcie „kombinezonu uziemiającego”, miał od czasu do czasu popieścić więźnia który przeholował w „zabawach z magicznymi”, mówiła, że „równowaga musi być”, w pełni się z nią zgadzał.

Rozejrzał się po ciemnym pomieszczeniu. Dzisiaj odlot, a ma jeszcze do przebrania wczorajszy zbiór, zostawił trochę krzaków w szklarni (choć poważnie wątpił, czy ktokolwiek inny będzie się w stanie nimi odpowiednio zająć), ale to co narwał powinno starczyć… na jakiś czas.
Odszukał wzrokiem odpowiedź na swoje podanie, może wizja walki z żywiołakami nie była zbyt zachęcająca, ale to było lepsze niż tkwienie na wyspie ogołoconej z naturalnej szaty roślinnej.
Lakoniczna notka, leżała na płaski kamieniu służącym mu za stolik, ledwie dostrzegał jej biały zarys, ale i tak treść znał już na pamięć.

Zakwalifikowałem pana jako kolonistę, albowiem jestem pewien, że pańska zdolność obchodzenia się z roślinami okaże się nieoceniona, podczas przystosowywania nieużytków do uprawy. Ponadto pańskie wsparcie magiczne może odnieść „piorunujące” wrażenie. Poleci pan statkiem „Goodshfit”.
Gar –tek-kan, koordynator programu resocjalizacyjnego

Zasiewanie życia w miejscach skąd wyparto żywiołaki, dobry sposób na służenie naturze. Może nawet uda mu się założyć własny gaj?
W końcu kirinotaur ostrożnie się podniósł i po omacku zdjął z paleniska mały blaszany kubek, uśmiechnął się pod nosem popijając napar, zostawianie przykrytego naczynie w gorącym popiele, powodowało, że nad ranem miał ciepły i aromatyczny napój.
Ponieważ do odlotu zostało sporo czasu, postanowił się trochę przejść, by rozprostować kości. Przeczołgał się przez niskie wejście zasłonięte kotarą i przeszedł między zarośniętymi skałkami dzięki czemu wiatr nie wzdymał mu się do mieszkania.
Przed nim roztoczył się widok łagodnie opadającego nabrzeża na którym był zlokalizowany port, wschodzące słońce nadało skałom żywszego odcienia, promienia słońca łamały się powierzchni morza tworząc kaskady iskier, było to niegościnne miejsce, ale Andromach jak zawsze kontemplował siłę życia, widział niewielkie trawki miedzy kamieniami, słyszał chrobot niewielkiego gryzonia polującego na bez skorupowego ślimaka zeskrobującego glony z kamienia, w oddali widział miejscowe „ptaki”, czyli farki niewielkie latające rybki żywiące się owadami.
W niewielkim porcie mógł zobaczyć starego gargulca Mezorfa ojca Keore, który jak zwykle wypływał więzienną motorówką do Gnashfolk miasteczka oddalonego o ponad 80 mil morskich, a także kilku ryboludzi którzy przygotowywali sieci do codziennego połowu.
Za jego plecami wznosiła Twierdza Straconej Nadziei, będąca sercem kolonii, gdzieniegdzie dało się zauważyć zagony krupy, jedynej jadalnej rośliny dającej się uprawiać poza szklarnią.
Nawet zimny wiatr przyjemnie owiewał jego ciało powoli wyganiając resztki snu.
Właśnie przypomniało mu się, że tuż przed zachodem słońca przyszła do niego Keore po 6 paczek ziół, ciekawiło go no co jej było tyle suszu.

***

Nagły pośpiech.
Cierpliwe oczekiwanie Eclecticy, na dobrą okazję na przeniknięcie do „planu
materialnego” zostało przerwane przez Pierdolusa, żywiołaka umysły związanego z „więzienną” aktywnością umysłową humanoidów. Który kazał jej natychmiast udać się za nim.

-Specjalnie dla ciebie wylukałem jakiegoś przejścia i mi się fartnęło, znalazłem bardzo dobry kanał – tłumaczył po drodze – jest to przeskok do kantyny „Krypta Wolności”, znajduje się na wyspie skąd będzie wysyłany karny transport na Wenge, –Nawijał dalej ustawiając ją w kamiennym kręgu –

-Znajdziesz się na wyspie „Stracone Życie”, niedaleko „Twierdza Straconej Nadziei”, większość strażników to gargulce, ich mózgi są nasycone krzemem, wiec trudniej Na nie oddziaływać, ale spokojnie możesz wciskać kit, że zostałaś zatrudniona jako elementalistka. Poszukaj minotaurzycy Mureiny, jest kapitanem statku „Goodshift” tudzież scorpiniora Gar –tek-kana, który zajmuje się rekrutacją. Dzięki temu może uda ci się dostać prosto na front, Pierwsi podejrzewają, że w propagandzie Starożytnych najbardziej zakłamują to co się tam dzieje, dlatego wysyłają ciebie na patrzonko.
A teraz chwila, coś mi się nawinęło –komentował majstrując przy kryształach –Jest, zakamufluj się już teraz, żebyś nie miała problemów z bajerowaniem i pamiętaj, grypsuj często, jakby co to damy ci cynk. I pamiętaj, nie daj się skitować!


Teleportacja była prawie niezauważalna, po prostu otoczenie wokół Psivy zmieniło się na ciemną piwnicę ledwie oświetlaną przez wygasłe pochodnię i świece.
Była tu specyficzna atmosfera miejsca w którym istoty myślące przychodzą, żeby porozmawiać o życiu i o planach na przyszłość, Mistine bardzo to odpowiadało.
W Sali dało się wyczuć kilka umysłów, jednak było pustawo, ciemna przestrzeń była przegrodzona licznymi kolumnami, większość stolików i krzeseł znajdowała się we wnękach sali. Przez chwilę myślała, że została niezauważona, ale zaraz poczuła źródło intensywnych acz nieskoordynowanych myśli. Spojrzała się w bok i ujrzała tuż koło siebie stolik z popielatego marmuru zastawiony czarkami, opakowaniami po słodyczach oraz dzbankiem z podgrzewaczem.
Za którym siedziały dwie skrzydlate istoty, jedną zidentyfikowała jako gargulca którego aura lekko emanowało mocą żywiołów, a drugą jako harpię która miała spore zasoby „podświadomej mocy naginającej rzeczywistość na korzyść właściciela” w skrócie zwanej szczęściem.

-Kochana, ale te ziółka od tego druida są wyjebane! właśnie widzę fioletową zjawę z taaaaką kiecką!
-Wiesz co? Ja ją też widzę!
-Ta! To może jest prawdziwa?
-Myślisz?
-No.
-To może coś powinniśmy zrobić?
-Ale co?!
I zaczęły rozmyślać tak intensywnie, że aż poszedł od nich przyjemny dla Eclecticy powiew, mogła nawet zauważyć jak pojedyncze myśli latają w ich głowach.

***

Cholerne słońce.
Imre w celi więziennej przebywał od kilku dni, i co poranek doświadczał niezwykłego dla niego zjawiska, promieni rannego słońca padających wprost na twarz!
Niestety łóżko było odporne na wszelkie próby przesunięcia, a w drugą stronę położyć się nie mógł, bo brakowało środkowej deski.
I tak mimo woli był zmuszony codziennie budzić się o porze gdy każdy szanujący się anarchista jeszcze śpi.
Zacisnął powieki, gotów walczyć o jeszcze odrobinę snu jednak światło przybierało na sile, w końcu technik z westchnieniem rezygnacji ciężko usiadł na pryczy i rozejrzał się po pomieszczeniu 2 na 4 metry, jego rzeczy ciśnięte w kąt, krzesło i stolik, na którym leżały szkice techniczne jakie wykreślał z nudów, oprócz nich była jeszcze odpowiedź na jego podanie o oszałamiającej długości 3 linijek:

Ze względu na pańskie umiejętności techniczne oraz niechęć wobec żywiołaków zakwalifikowałem pana jako kolonistę na statku „Goodsfift””
Gar –tek-kan, koordynator programu resocjalizacyjnego

A podobno Scorpiniory mają problem tylko z wysławianiem się.
Jednak należało przyznać, że nikt go nie pilnował i mógł się szwendać po całej wyspie, jakby miał jeszcze ze trzech współlokatorów to czułby się prawie jak na refundowanych przez państwo koloniach na które pojechał mając kilkanaście lat.
Westchnął ponownie i powoli ruszył w kierunku okna, choć określenie „dziura w ścianie” było trafniejsze. Zimne powietrze nieco go ocuciło, na szczęście otwór wychodził na północ, więc południowy wiatr był prawie niewyczuwalny, przez chwilę z zainteresowaniem obserwował oddalony o jakieś 300 metrów port, zauważył odpływająca motorówkę, tą samą która został tutaj przywieziony, kilka łodzi rybackich, a także jakąś postać stojącą przed kamienną chatką, rzeczywiście mógł mieć gorsze zakwaterowanie.


Powoli zbierał się do męskiej decyzji pójścia do kibla na korytarzu gdy nagle usłyszał skrzypnięcie otwieranych drzwi i stukot metalu o beton.
Szybki obrót: minotaurzyca, siwiejącą, ze zmarszczkami widocznymi wokół oczu. 1, 73 wzrostu w barach 0, 43, okute rogi, specyficznie płaszcz ciasno opinający właścicielkę od szyi do pasa, by niżej swobodnie opadać do kostek. Ręce miała założone z tyłu.
- Pan Imre Saikonnen? – zapytała z niezmąconym spokojem jakby była przyzwyczajona do tego, że ktoś się gapi na nią jak rolnik na dojną krowę.
-Mam na imię Mureina i zostałam niedawno mianowana kapitanem statku „Goodshift” mam trochę napięty plan dnia, więc od razu przejdę do rzeczy, czy byłby pan zainteresowany funkcją naczelnego technika? – rzekła siadając na krześle.
Zanim jednak jej rozmówca zdążył przetrawić propozycję, w celi rozległo się natarczywe brzęczenie.
-Przepraszam, dostałam wiadomość – szybko rzuciła sięgając po komórkę.
-Co za menda pisze mi o tej porze –mruknęła do siebie czytając tekst.
Nagle na jej pysku pojawił się wyraz bezgranicznego zdziwienia i rzuciła wzrokiem na lewo i prawo, jakby nadawcą okazał się ktoś, kogo nazwanie mendą może się boleśnie skończyć, jednak szybko opanowała się i tylko mruknęła do siebie – Jakbym mogła zapomnieć.
W końcu przypięła sobie aparat do paska i ponownie nawiązała kontakt wzrokowy z Imrem.
-To jak, ma pan jakieś pytania?

***

Szum liści.
Nigressa obudziło dziobanie w ucho, w ten sposób kruk delikatnie dawał mu do zrozumienia, ze czas wstawać. Rzeczywiście już świtało, jednak pod splątanym gąszczem gałęzi wciąż panował półmrok. O'Fanath powoli rozprostował obolałe plecy i rozejrzał się, wszytko było na swoim miejscu. Wygaszone ognisko, jego tobołek i laska, nie jego bagaż i wózek oraz śpiąca pokraka na którą narobił jego ptak. Raven wiedział jak przemówić nawet do najprostszego umysłu.

Farawell, bo tak się nazywała ta gnolinka, skontaktowała się z nim zaraz po skazaniu go na banicję i wykorzystując swój urok osobisty (Jak nie polecisz ze mną, to się postaram żebyś nigdzie nie dostał miejsca, a wtedy się dowiesz dlaczego nienawidzimy twojego rodu.) przekonała go, by jej towarzyszył.
Ponadto skusiła go propozycja „fajnej miejscówki na prywatnym statku, a nie zapchanym płytowcu”, 17 dni temu wierzył jej na słowo, w końcu była córką Kokerola, ale wraz ze zbliżaniem się do bieguna coraz bardziej powątpiewał w „fajność” transportu. Niestety ta suka (na dobra, półsuka) wykręcała się od wszelkich wyjaśnień, wyjaśniając tylko, że płyną w kierunku Twierdzy Straconej Nadziei.
Zresztą i tak nie było zbyt wiele okazji do rozmów. Owszem, następnego dnia po ich pierwszym spotkaniu przyniosła mu brukowca w którym było ich wspólne zdjęcie z podpisem „Romans hybryd?” (Na samą myśl o tym chciało mu się rzygać), ale tłuczenie się statkami towarowymi w przebraniu i pod pseudonimami uważał za przesadę, podobnie nakaz trzymanie się osobno, chociaż nawet przypadł mu do gustu, w przeciwieństwie do tego, że musiał ją ciągnąć, gdy ukrywała się w worku.

Zwłaszcza wczoraj jak w południe musiał oblecieć cały port zanim znalazł gościa który zgodził za potrójną stawkę przewieźć w ich „w pobliże Gnashfolk, będącego w pobliżu Twierdzy Straconej Nadziei”.
Był wykończony toteż zaraz po zejściu na lad bezceremonialnie zrzucił goblino-gnolkę z wózka i po rozpaleniu niewielkiego ogniska zaraz się położył.

Teraz będą musieli złapać strażnika więziennego który przybywał do miasteczka „po drobne sprawunki”.
I w końcu dowie się o co w tym wszystkim chodzi, chociaż zaraz, dlaczego teraz jej nie przepyta, w końcu zostali sami!
Niezmiernie ciekawiło go, dlaczego akurat on i dlaczego tłuką się do zadupiastej koloni karnej i dlaczego Farawell robiła z tego tak wielką tajemnicę, rozbawiła go myśl, że być może został zwerbowany do jakieś supertajnego zadania, a wszystko co wydarzyło się do tej pory było misternym planem „istoty wyższej”, pokręcił głową, to było zbyt niedorzeczne.

Nagle pociemniało mu przed oczami, zaczęło mu szumieć w głowie, stracił poczucie równowagi i upadł, ale już nie czuł niczego, bo jego umysł wypełniły litery układające się słowa.

Mureina, wcześniejsze próby przesłania ci wiadomości spełzły na niczym, dlatego dostajesz wiadomość przez niekodowane źródło, chce ci przekazać, że Farewell nie będzie sama, udało jej się zwerbować Nigressa O'Fanatha, co prawda żaden z niego wojownik, ale masz go wziąć, to zdolny metafizyk, ponadto ma niezły potencjał psioniczny, zobaczysz, że nieraz cię zaskoczy swoimi zdolnościami. Jednak wszystkiego ma się dowiedzieć dopiero na miejscu. Dlatego nie chlaj i pilnuj Farewell, żebyście się nie wygadały przed czasem.
Reszta pozostaje bez zmian. Miłego lotu.
Mam nadzieję, że pamiętasz o próbie generalnej? A teraz skasuj tą wiadomość.

Półelf utracił poczucie czasu, nie wiedział jak długo przebywał w tym stanie. Obudziło go dopiero trzaśnięcie w twarz i głos.
-No kurde, obudź się! Kto będzie mi nieść bagaże?!

Tarnoob PW
16 lipca 2010, 14:27
No comments - odrzekł lekceważąco Imre, odchyliwszy kaptur do tyłu zdecydowanym ruchem. To kiedy mnie wypuścicie?

Imre nie mógł się doczekać tej przyjemnej chwili, gdy kombinerki znowu mu będą ciążyły w dłoni, a oczy raził blask zwarć i iskier. Znał się na tej robocie. Był w tym dobry. Gdyby nie ta <słuchacz jedynego słusznego radia usunął to niegodne słowo> żandarmeria i kilka nieudanych rabunków, dostałby awans. Zrobi to. Nawet jeszcze więcej. Władze więzienia były po prostu naiwne.

Poszedłszy za potrzebą i wróciwszy do celi zadał jeszcze raz pytanie osłupiałej minotaurzycy - to kiedy wyjeżdżamy?


Irhak PW
16 lipca 2010, 16:25
Półelf utracił poczucie czasu, nie wiedział jak długo przebywał w tym stanie. Obudziło go dopiero trzaśnięcie w twarz i głos.
-No kurde, obudź się! Kto będzie mi nieść bagaże?!
Ningress wstał i obrócił się w stronę tej, która go obudziła.
- Sama możesz to zrobić. Masz przecież wózek - odparł z przekąsem.
Wyjął mapę i przyjrzał się, gdzie jest twierdza. Potem odwrócił się tak, aby nie widziała jak naciska przycisk w pobliżu dłoni.
- Nan graa fird! - nic nie znaczące słowa, ale nagle tobołki znikły w rozbłysku światła. - No co? - spytał się patrząc na tą półsukę. - Chyba nie myślałaś, że cały czas mam zamiar targać za Tobą cały Twój majdan? Wszystkie szmaty masz już w pobliżu tamtej twierdzy...
I bez pytania czy odpowiedzi na jego słowa, ruszył w kierunku celu podróży.

Trith PW
21 lipca 2010, 23:34
Eclectica stała tak chwilkę, po czym już całym swoim jestestwem obróciła się w stronę gargulca i harpii. Otworzyła usta szeroko, jakby chciała coś powiedzieć, lecz milczała.

Po chwili takiego milczenia zamknęła usta podparła podbródek zamkniętą pięścią (typowa poza grackiego filozofa). Zanim dwójka istot, która była świadkami tego wydarzenia zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować na sytuację, dziwna dama nagle zerknęła na nich inniejszym od poprzedniego wzrokiem i przytaknęła jakby sobie. Następnie założyła ręce za siebie i zaczęła mówić... Bez głosu, bo mimo odpowiedniego układania się warg, mimiki oraz uwzględniania oddechu nie wydobywał się z niej żaden dźwięk.

Zirytowana bezgłośnie westchnęła jednocześnie opierając ręce na biodrach. Jedna z nich po niedługim czasie powędrowała w stronę głowy i tak oto zabranej tutaj dwójce została ukazana druga już pozycja zamysłu, tym razem wyglądająca następująco: Jedna ręka dalej opierała się na biodrze, lecz druga była zamknięta w pięść, nie licząc palca wskazującego opierającego się na czole Eclecticy. Oczy miała zamknięte, a twarz wyrażała najwyższe skupienie.

I wtem nagle odjęła tę dłoń od czoła i palec wskazujący pokazywał teraz kierunek "w górę", a twarz damy była szeroko uśmiechnięta. Co więcej, tak jak w kreskówkach ktoś wpada na genialny pomysł i wtedy pojawia się nad jego głową zapalona żarówka, tak obok głowy Eclecticy pojawiła się mała lampka naftowa (bo nad głową nie było miejsca z powodu wielkiej fryzury, a ona w dodatku jest wystylizowana na jedną epokę przed światłem elektrycznym, kiedy to inne rodzaje oświetlenia panowały). Lampka po chwili zniknęła tak tajemniczo, jak się pojawiła...

A sama dama zasłoniła sobie usta dłonią, co chwilę temu wskazywała "w górę", po czym nagle usta odsłaniając wrzasnęła - HeeEEeej! - a wrzasnęła to tak umiejętnie, iż dotarło to tylko do tych dwóch umysłów, którym aktualnie fundowała niezapomniane przedstawienie. Nie czekając na odwzajemnienie powitanie kontynuowała uradowana - Wiedziałam, byłam pewna, że znajdę. Ktoś mnie widzi. Mimo tego, że nie jestem prawdziwa. - Mówiła uradowana, a gdy zaczerpnęła powietrza na następną część radosnego monologu, harpia niepewnie wtrąciła - Eeee... - na co Eclectica odpowiedziała zaczynając przy tym wyglądać groźnie, zupełnie jak jakaś psychopatyczna furiatka - SIĘ NIE PRZERYWA ŻADNYM "E"! CÓŻ ZA ETYKIETY UCZONO, ŻEBY SIĘ WYSŁAWIAĆ KOMUŚ W ŚRODKU MONOLOGU?! - po czym nagle złagodniała z mowy i wyglądu - A tak wracając do rzeczy, to miło mi was poznać, mało się ostatnio nieprawdziwych widzi... - i wtedy jej gargulec przerwał, lecz na to już pozwoliła - Nieprawdziwych? - zapytał nieśmiało, na co dama radośnie odpowiedziała - Tak, takich jak ja i wy. - na co harpia wstała roztrzęsiona i powiedziała - Ale my jesteśmy prawdziwi! - Wtedy Eclectica przecząco pokiwała głową i znowu zaczęła - Ależ my nie jesteśmy prawdziwi, mogę zademonstrować! - I w tym momencie widmowa skóra damy zniknęła, a suknia stała się półprzezroczysta. W takim stanie zrobiła jeden obrót pokazując niedowiarkom swoją niepełność.

- Widzicie, jestem nieprawdziwa i potrafię przestawać istnieć. Wy też to potraficie, ale nie polecam wam tego, gdyż bez odpowiedniej wprawy możecie nie wyczuć tego i całkowicie zniknąć. - Mówiła, a z każdym słowem jej "świadkowie" byli coraz bardziej przerażeni. Odezwali się niemal jednocześnie - Ale skoro nie jesteśmy prawdziwi... - zanim dokończyli, dama rzekła pocieszającym tonem - Ale nie martwcie się, nie tylko my jesteśmy nieprawdziwi. Przecież wszyscy i wszystko jest nieprawdziwe... - ciągnęła - Tylko niewielu o tym wie, gdyż ta wiedza jest dość niebezpieczna... Bo wiecie... A nie, wy nie wiecie... Ale wam powiem, że to wszystko, to to tylko wymysł jakiegoś wariata, co się jakichś prochów nażarł i teraz ma niezłą banię... Ale ćsiii, nikomu o tym ani słówka, również lepiej by było, gdybyście raczej moją rozmowę z wami zachowali w tajemnicy i żyli dalej, jakby nigdy nic, bo ten wariat nie lubi, jak mu się buntują i wtedy są... Wymazywani... Potworna sprawa, mojego przyjaciela wymazał, bo był nieostrożny... Nawet korespondencje do niego teraz nie dochodzą... Paskudny spotkał go los... - mówiła coraz cichszym szeptem, jakby te informacje naprawdę były aż tak zabójcze. nagle się odwróciła, jakby dostrzegła na linii horyzontu pościg, rzuciła jeszcze tylko krótkie - A teraz pa, muszę lecieć! - po czym pobiegła próbując nie zwracać na siebie uwagi. Po drodze chwyciła świecznik, który stał na jednym ze stołów. Był ładny, zdobiony, styl jej odpowiadał. Znalazła jakiś kąt, w którym raczej nikt by jej nie nakrył.

Ścisnęła przedmiot mocniej w swoich dłoniach. Poczuła co prawda "smak" przedmiotu produkowanego masowo(pewnie metal był wydobyty i wytopiony przemysłowo), lecz ktoś włożył trochę artystycznej wizji w ten kształt, co dało jej chociaż trochę energii. Nie było to dużo, ale uspokoiło to ją, gdyż to była jej pierwsza utrata energii. W jej macierzystym wymiarze moc psioniczna dosłownie zagęszcza powietrze i nawet większa utrata mocy uzupełniała się "automatycznie", natychmiastowo. Na szczęście Eclectica nie zużyła zbyt dużo swojej mocy. Nie na tyle, by musieć natychmiast ją odnowić, ale po prostu spanikowała i musiała się czymś uspokoić. A co do samego przedmiotu, którego energia ją uspokoiła... Cóż... Świeczki jeszcze da się w to włożyć, ale nie wygląda już zbyt dobrze. Dama jednak się tym nie przejęła i odłożyła "świecznik" na pobliski pusty stolik. Jednak zostało dziwne odczucie, niejasne przekonanie, że przedmiotu został wykonany w miejscu gdzie gdzie zginęła niejedna istota, a powodem ich śmierci był sam twórca... który nie potrzebował narzędzi by ryć w metalu.

Pomyślała, że najwyższa pora zmienić wizerunek, udała się więc w miejsce, w którym czuć było intymność, prywatność, separację, miejsce, w którym można pobyć chwilę samemu. Gdyby tylko Eclectica zamiast "węchu psychicznego" miała ten fizyczny, poczułaby smród publicznych toalet. Ale i tak ten zapach nieco dał się jej we znaki, gdyż kiedy zamknęła się w jednej z łazienek dotarł do niej dziwaczny zapach uczuć i emocji towarzyszących wypróżnianiu się.

Szybko zebrała nieco mocy, by zmienić nieco swoją aurę. Skórę przerobić na bardziej ludzką. O, już ma taki fajny, cielisty kolor i nie prześwituje nawet. Teraz suknia i fryzura. Żal się jej było rozstać ze swoim wizerunkiem, ale jednak jej suknia opadła i sczerniała, rękawy spłynęły po jej ramionach, z fryzury uszedł jej ogromny rozmiar, a na głowę mozolnie wczołgał się blado-fioletowy kaptur.

I tak zastajemy Eclecticę o wyglądzie człowieka w czarnej szacie z blado-fioletowym kapturem. Nieco zrezygnowana wyszła z łazienki i udała się w stronę wyjścia z całego tego budynku.

Xelacient PW
1 sierpnia 2010, 12:06
Wyskok do ubikacji okazał się rozsądnym pomysłem, gdy Imre wyszedł z niewielkiej i zimnej łazienki, pod drzwiami już stała kolejka więźniów bluzgająca na słońce które ich obudziło, politykę oraz osobę stojącą przed nimi, niekoniecznie w tej kolejności.
Jednak po dźwięku dobywającym się z niektórych cel, a zwłaszcza zapachu, można było się domyślić, że niektórzy „lokatorzy” lali na system i nie czekali ze swoimi potrzebami.
W samej celi minotaurzyca, jeszcze przez chwilę nie mogła nadziwić się faktem, że jej rozmówca pozwolił sobie skoczyć za potrzebą, jednak w końcu machnęła ręką i odparła.
-Rzeczywiście masz luźne podejście do życia, jeśli chodzi transport to wiem, że popołudniu przylecą transportery, które zabiorą nas na „Goodshifta”. Zaś samą orbitę opuścimy, jutro przed południem… wedle tutejszego czasu.
Co pan może zrobić przez ten czas? Polecam się przejść, bo na tej krypie każdy za tym zatęskni, jednak najpierw polecam przejść się ze mną do tego scorpiniora, to on zajmuje się wyposażeniem.
Gdy zbierali się do opuszczenia celi, Mureina nagle przystanęła i coś odpięła sobie od pasa.
-Bym zapomniała, pańska nielegalna spluwa –rzekła podając mu broń –kabura gratis.
Pragnę tylko przypomnieć, że na Wendze pozwolenie trzeba mieć na broń atomową, biologiczną i chemiczną.

***

Po dłuższej chwili, która Greg spędził na ogarnianiu biurka, usłyszał znajome stąpanie Balzaka oraz stukot drobnych odnóży, jednak usłyszał coś jeszcze, jakby szum wiatru. Ku jego zaskoczeniu dźwięk przybierał na sile. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i do gabinetu wpadł zadziwiająco silny powiew, rozdmuchując wszelkie papiery po pomieszczeniu.
- Włazić...
-*Chomp*Nee… popisuj sie .
-Oj myślałam, sze te drzwi cięszej się otwierają. –Pierwszy głos zidentyfikował jako Scorpiniora, ale ten drugi… był dziwnie świszczący.
Gdy papiery opadły jego oczom ukazał się olbrzymi skorpion o całkiem bystrym spojrzeniu oraz… metalowy szkielet wokół którego wirowało sporo pyłu. Butter
przez te lata nauczył się rozpoznawać „magicznych” ale od tego czegoś po prostu wionęło magią. Na dodatek towarzyszyły mu trzy lewitujące obiekty pokryte
jasnoniebieskimi runami będących różnymi wariacjami spiral.
To coś chyba zauważyło je spojrzenie, bo zwrócił się jego stronę, przez chwilę wydawało się mu, że widzi zarys całkiem atrakcyjnej kobiety, jednak zaraz
istota wróciła do poprzedniego stanu.
-*Krak*Pan… Gregory Shred? - Głos z poziomu podłogi odwrócił jego nienawistne spojrzenie - nazywam się Gar–tek-kan a moja towarzyszka Galsza, widzę, że do
tej pory pan nie widział nawróconego wietrzniaka.
- Oczywiście, że nie! Nie zajmowałem się nigdy likwidacją ścierwa które jest tępione przez własną rasę. Mógł się pan tego domyślić. A może pan się domyślił
i tylko by mnie nie potrzebnie wkurwić, zabrał to śmieszne stworzonko? Pan to ma tupet, nie ma co... - wyżalił się Shred - A teraz do rzeczy! Co ma pan mi
konkretnego do przekazania? Proszę szybko. Nie chce mi się marnować czasu.

***

Mapa niestety nie była zbyt szczegółowa, widać było, że jest to składak z niezbyt dokładnych zdjęć satelitarnych jednak biorąc pod uwagę rozmiar turystyki w tym miejscu i tak było nieźle. Przy odrobinie szczęścia bagaż bezpiecznie się zmaterializuje na wyspie.
Farawell cała scena tak zaskoczyło, że przez dłuższą chwilę stała z wytrzeszczonymi oczami, dzięki czemu Nigress mógł skupić uwagę na terenie, chociaż nie ustalił nic więcej niż wczoraj wieczorem. Słabo widoczna ścieżka wiła się wśród drzew, które porastały ten niewielki wąwóz, zaś oni szli zgodnie ze spadkiem terenu, prosto do wybrzeża.
Niestety dalszą kontemplację przyrody uniemożliwił półelfowi ocknięcie się półsuki, która popędziła za nim wołająca.
-Eee… czekaj! Jak ty to zrobiłeś!?

***

Eclectica wychodząc, poczuła na sobie spojrzenie „skrzydlatych” i „usłyszała” ich zduszony szept.
-O nie! Znowu ją widzę!
-Spokojnie, na haju się różne rzeczy odczuwa.
-Czy ja wiem? Sczerniała… chociaż wciąż widzę jakieś fioletowe pasma… jeśli to prawda, że halucynogeny pozwalają dostrzec ukryte rzeczy, to może właśnie widzimy ją taką jaką naprawdę jest?
-Nie wariuj, to normalny człowiek, może po prostu jest magiem…
-Toby tłumaczyło… ale to co nam powiedziała… nie było normalne…
-Pewnie było, tylko nam się wszystko powaliło. I wiesz co? Mam propozycje nie ruszajmy więcej tego syfu i zapomnijmy o całej sprawie, tak jak nam mówiła.
-Masz rację, na haju różne rzeczy się dzieją…

Po wyjściu Eclectice ukazał się widok placyku wyłożonym kamieniami i ogrodzonego niewysokim murem, gdzieś dalej prowadziła ścieżka ginąca między skałami. Całość oświetlało wschodzące słońce.
Stało tu kilka stołów i ław, większość była zajęte przez podobnie ubrane gargulce Eclectica domyśliła, się muszą to być stroje służbowe, emanowała od nich aura znudzonego oczekiwania, niektórzy coś jedli, większość coś piła. Nad wszystkim unosił się gwar rozmów.
Jeden z nich co siedział najbliżej wejścia spojrzał na nią nieco podejrzliwie, ale po chwili wzruszył ramionami i wrócił do czytania gazety, dało się zauważyć nazwę „Gulgot skał” oraz temat główny „Kolonizacja a szanse dla gargulców”, na ostatniej stronie „Przepis na rybę w skorupie”.

Irhak PW
1 sierpnia 2010, 18:04
-Eee… czekaj! Jak ty to zrobiłeś!? - usłyszał za sobą Ningress.
- A co cię to powinno obchodzić? - odparł. - Zrobiłem to, co uważałem za słuszne, a teraz jeśli będziesz narzekać zanim zajdziemy do tej cholernej twierdzy, to zadbam o to, abyś trafiła w sam środek jakiegoś konfliktu, lądując w wielkim błocku!
Farawell zamilkła oburzona. Już chciał coś powiedzieć, ale jej towarzysz wysłał Ravena, aby się rozejrzał po okolicy. Ptak, zanim to zrobił, spuścił małą "bombkę" na półsukę...

Kirin PW
7 sierpnia 2010, 12:47
Przed wyruszeniem na przechadzkę Andromach postanowił zabrać z domu płaszcz oraz długi na 1, 70 metra metalowy kij – swoje nieodłączne narzędzie pracy. Wielokrotnie wymierzanie kary śmieciom znęcającym się nad magicznymi było utrudnione lub wręcz niemożliwe – zazwyczaj ze względu na to, że jakaś ofiara była bardzo agresywna. Właśnie dlatego dostał kij, który umożliwiał mu porażenie kogoś bez ryzyka bezpośredniego kontaktu. Kosztowało go to prawda trochę więcej ziół niż zwykle, ale w pełni się opłacało.

Andromach wyszedł z powrotem na zewnątrz. Nie miał w planach iść do jakiegoś konkretnego miejsca; myślał raczej o tym, żeby podążać przed siebie i podziwiać przyrodę. Stąpał ostrożnie, tak, aby nie zniszczyć jakiejś rośliny bądź też żeby nie zabić jakiegoś niewinnego stworzenia. Co jakiś czas schylał się po owada, po czym obserwował go uważnie i starał się nawiązać z nim rodzaj szczególnej więzi.

Gdy poszedł na tereny znajdujące się bardzo blisko morza zauważył dwa małe gryzonie – sądząc po ich zachowaniu i wyglądzie była to matka z dzieckiem. Andromach przykucnął w dość znacznej odległości obserwując ich zabawę. Wyczuwał wręcz miłość i troskę płynącą od rodzicielki oraz radość dziecka. Teraz matka „uciekała” przed małym gryzoniem, chowając się za kamieniami, aby następnie dać się odnaleźć, przy akompaniamencie pisków pełnych szczęścia. Andromach mógłby na to patrzeć godzinami – nic nie jest w jego mniemaniu lepsze od oglądania przyrody. Kirinotaur był w fazie najwyższego spokoju, gdy nagle padły dwa strzały, a gryzonie padły martwe.

- HAHAHAHA! ZABIŁEM GRYZOŃCE, INNI MI NIE UWIERZĄ!
Głos należał do młodego gnoja który wyglądał jakby dostał się do więzienia za brak mózgu. Odrzucił broń i padł na ziemię śmiejąc się jakby był pod wpływem ziół. Podczas gdy tamten tarzał się na ziemi ciesząc się z tego, że udało mu się trafić te dwa biedne stworzenia, w Andromachu zawrzało. Podniósł się z ziemi, po czym skupił się na wytworzeniu energii elektrycznej. W oczach pojawił mu się obłęd, na ciele zaczynały przeskakiwać iskry. Gdy uznał, że będzie już w stanie obezwładnić gnoja podszedł do niego i przytknął kij w okolicach klatki piersiowej. Mięśniami gnoja targały przeraźliwe skurcze, kirinotaur zaś z mściwością patrzył na jego cierpienia. Gdy jego ofiara wyglądała na nieprzytomną Andromach odwrócił się od niego i poszedł zrobić martwym stworzeniom prowizoryczny pogrzeb.
- Z tego gnoja będą jeszcze jakieś problemy - mruknął pod nosem.

Trith PW
8 sierpnia 2010, 19:47
Żywiołak(a?) widząc przepis kulinarny w tej gazecie pomyślała - Chyba ten świat nie różni się aż tak od wymiaru myśli i magii. Choć źródła są zupełnie inne. Dla nich podstawą jest materia, ciało, a dla nas magia i myśl. Lecz schematy są podobne. By coś istniało, musi się podtrzymywać przyswajając skądś elementy sobie podobne. Oni muszą uzupełniać swoje ciała, a my umysły. - po czym postanowiła opuścić placyk i udać się jedyną widoczną ścieżką.

Xelacient PW
12 sierpnia 2010, 07:33
Po dłuższej chwili, która Greg spędził na ogarnianiu biurka, usłyszał znajome stąpanie Balzaka oraz stukot drobnych odnóży, jednak usłyszał coś jeszcze…
jakby szum wiatru. Ku jego zaskoczeniu dźwięk przybierał na sile. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i do gabinetu wpadł zadziwiająco silny powiew,
rozdmuchując wszelkie papiery po pomieszczeniu
- Włazić...
-*Chomp* Nie… popisuj sie .
-Oj myślałam, że te drzwi ciężej się otwierają. –Pierwszy głos zidentyfikował jako Scorpiniora, ale ten drugi… był dziwnie świszczący.
Gdy papiery opadły jego oczom ukazał się olbrzymi skorpion o całkiem bystrym spojrzeniu oraz… metalowy szkielet wokół którego wirowało sporo pyłu.
Butter przez te lata nauczył się rozpoznawać „magicznych” ale od tego czegoś po prostu wionęło magią. Na dodatek towarzyszyły mu trzy lewitujące obiekty pokryte jasnoniebieskimi runami będących różnymi wariacjami spiral.
To coś chyba zauważyło je spojrzenie, bo zwrócił się jego stronę, przez chwilę wydawało się mu, że widzi zarys całkiem atrakcyjnej kobiety, jednak zaraz
istota wróciła do poprzedniego stanu.
-*Krak*Pan… Gregory Shred? - Głos z poziomu podłogi odwrócił jego nienawistne spojrzenie - nazywam się Gar–tek-kan a moja towarzyszka Galsza, widzę, że do tej pory pan nie widział nawróconego wietrzniaka

- Oczywiście, że nie! Nie zajmowałem się nigdy likwidacją ścierwa które jest tępione przez własną rasę. Mógł się pan tego domyślić. A może pan się domyślił
i tylko by mnie nie potrzebnie wkurwić, zabrał to śmieszne stworzonko? Pan to ma tupet, nie ma co... - wyżalił się Shred - A teraz do rzeczy! Co ma pan mi
konkretnego do przekazania? Proszę szybko. Nie chce mi się marnować czasu.

-To nienawiść czy pogarda? -odezwał się żywiołak
- *Chomp* Raczej... jedno i drugie, ale teraz idź i... postój przed... drzwiami.
-Ciekawe - szepnęła do siebie i dosłownie wyfrunęła z pomieszczenia zamykając drzwi z trzaskiem.
-Któregoś dnia... nakleję jej na... mordzie nalepkę z napisem "nie trzaskać drzwiami" -sarknął skorpion do siebie i zwrócił się w stronę Grega - jest pan dokładnie.... taki jak słyszałem, to dobrze, bo lubimy rzeczowe istoty.
Na początek zadam panu pytanie, mam panu pokrótce opisać dlaczego jest pan nam potrzebny, czy od razu przejść do propozycji?

- Jestem bardzo ciekaw do czego jestem wam potrzebny. Zamieniam się w słuch.

***

Półgoblinka nie zainteresowała się ptakiem, toteż bomba biologiczna centralnie trafiła ją na cofnięte czoło, wydobyło się z niej warknięcie brzmiące jak „Wragh!” i sięgnęła do pleców… Nigress zauważył, że nie mogło to być przypadkowe machnięcie, lecz doskonale wyćwiczony odruch sięgania po broń… której tym razem nie było.
-Zrobię z ciebie pieczyste latająca padlino, którym nakarmię twojego półcwelfa! – krzyknęła w kierunku odlatującego kruka i podbiegła do najbliższego krzaka, by za pomocą liści zetrzeć kał, podczas tej operacji ponownie warknęła, bo odkryła wcześniejszy „ślad” Ravena.
-Na źródło złamasa nadzianego, ja naprawdę kogoś wypatroszę,, trzeba było mułowcu jeden zastawić mi tą zrąbaną torbę z wodą, żebym chociaż się obmyła do trzynastu fal! – przerwała by zaczerpnąć oddech – Muszę to zrobić w morzu, jak tylko znajdziemy jakieś zejście, bo się tak nie pokażę piaskuński bagnowiczu ostatni!
Wszystko wskazywało na to, że tamowana przez ostatnie kilkanaście dni gadatliwość Farawell znalazła ujście i będzie tak nawijała przez całą drogę, robiąc sobie przerwy tylko po to by wymyślić kolejną wiązankę bluzgów.
zauważyła Revena, toteż szybko odleciał z powrotem.

***

Eclectica bez przeszkód opuściła plac, ścieżka wiła się lekko pod górę i pośród skał.
Jednak już po chwili stanęła na szczycie wzgórza, gdzie owiał ją zimny wiatr. Dalej ścieżka opadała w dół powoli zamieniając się w rozjeżdżoną drogę, obok której stało kilka pojazdów. Sama drogą nikła w oddali, ale żywiołak domyślił się, że musiała prowadzić do twierdzy odcinającej się ciemnym konturem na horyzoncie.
Po swojej prawej stronie ujrzała stromo opadający klif, pod którym fale rozbijając się o skały spieniały morze, rozjaśnionego przez wschód słońca.
Gdy odwróciła głowę ujrzała wznosząca się górkę, na której stała wysoka, smukła, błyszcząca w słońcu, wieża z metalu.

***
Niełatwo było wykopać nawet niewielki dołek, skalisty grunt przykrywała niewielka warstw piasku, jednak odłamki skalne ustępowały pod wpływem ciosów Andromacha.
Gdy powoli układał kurhan z kamieni, usłyszał łopot dużych skrzydeł.
Po odwróceniu się zobaczył lądującą koło gnoja harpię, była to Lokey, znajoma znajomej znajomej Andromacha, której swojego czasu pomógł.
-Widzę rogaczu, że jak zwykle nie przebierasz w środkach –zawołała do niego szczerząc zęby w uśmiechu.

***
Placek obojętnie śledził wydarzenia dziejące się w pomieszczeniu, jedyne co ciekawego wyczuł to żywiołaka powietrza, który musiał się sprzeniewierzyć własnemu rodzajowi, bo miał w sobie coś z żywiołaka ziemi, dokładniej nie zdołał ustalić, bo po chwili wyszedł z pomieszczenia i sadząc po delikatnych wibracjach rozpoczął rozmowę ze skrzydlatym dwunogiem, zaś w samym ośmionogu interesująca była jedna rzecz, oprócz typowych wibracji spowodowanych oddychaniem czy biciem serca, wyczuł coś jeszcze, jakby bulgot gotującej się wody stłoczonej w niewielkim pojemniku.

Irhak PW
28 sierpnia 2010, 00:43
Po kilku minutach ptak wrócił. Przekazał mu wizję osady, która znajdowała się dość niedaleko. Ningress pobiegł w jej kierunku nie czekając na Farawell. Miał już dosyć użerania się z tą półsuką. Zabrał ją ze sobą tylko i wyłącznie na wyraźne "życzenie" jej ojca.

Kiedy dobiegł do osady, obejrzał się i wtedy nawiedziło go coś w rodzaju wizji. Poczuł jakby coś go pchało w kierunku, z którego biegł. Przed oczyma przesuwał się obraz drogi jaką przebył, ale w pewnej chwili "skręcił" i spoczął na posągu ukrytym wśród liści. Ningress poczuł wielką chęć, aby przyjrzeć się temu posągowi z bliska. Obraz zniknął...

Farawel znalazła Ningressa nieprzytomnego na granicy osady. Uderzyła go tak mocno, że się obudził cały obolały.

- Musimy się cofnąć - rzekł do swego budzika. - Jest tam coś, co chcę obejrzeć.

Xelacient PW
5 września 2010, 21:01
-Ja… piaskuje… -wysapała półgoblinka – najpierw… wymachujesz kulosami… że się kurzy… później mdlejesz… a po przebudzeniu jak bulwa z bagna… wyskakujesz z pomysłem by się wrócić… idź się kąpać w bagnie z hydrą – i na poparcie tych słów usiadła zmęczona na ziemi.

Nigress nie mając ochoty na jej kolejny wybuch złości, po prostu ruszył z powrotem, co jego towarzyszka skomentowała wiązanką bluzgów pod pyskiem. Jednak po chwili powlekła się za nim ze wzrokiem wbitym w ziemię.
Nie uszli daleko gdy, gdy nagle Farawell szarpnęła go za rękaw, o dziwo uśmiechając się… jak hiena która zobaczyła słabnące zwierzę.
-No elfiku, rzeczywiście jest tutaj coś co warto obejrzeć – rzekła wskazując ślady na ścieżce. Na pasmie wydeptanej ziemi, lekko zmiękczonej przez deszcz sprzed kilku dni ślady były ledwie widoczne, jednak O"fanath przy bliższych oględzinach dostrzegł, że pewne odciski stóp nie należą ani do niego, ani do półgnolki.
Ta już tylko porozumiewawczo mrugnęła okiem i wyciągnęła swój krótki miecz (dla Nigressa długi sztylet) i ruszyła truchtem z nosem przy ziemi.

***

-Zacznę od opisu geopolitycznego, jak zapewne pan wie nie jesteśmy jedyną rasą zamieszkującą Wengę, lamie i centaury zepchnęły naszych przodków na pustynię Dedshard, ich przewaga polegała na stosowaniu magii... -tu rozmówca Grega zrobił pauzę jakby oczekiwał na jego reakcję.
- Magia? Przewaga? Technologia daje prawdziwą przewagę a ma... - urwał w połowie Greg - Do rzeczy proszę.
Skorpininiorowi zabłysła oko, to prawda, że technologia daje prawdziwą przewagę, ale zanim ją rozwinęliśmy to te prymitywy zepchnęły moją rasę na pustynię ubogą w zasoby, co niestety zahamowała rozwój naszej rasy. Pomimo licznych prób nie udało nam się zmienić tego stanu, ale teraz wiatr zmienił kierunek,  jeśli rozegramy to sprawnie odbierzemy lamiom sawanny, a centaurom równiny na których zbudujemy nowy wspaniały świat... ale najpierw musimy się ich pozbyć. I tu potrzebujemy istot takich jak pan, doświadczonych o... "właściwych poglądach".
Zaraz, zaraz... Miałem tłuc żywiołaki a nie centaury i inne namiastki realnego zagrożenia. Najpierw muszę, więc rozgrzać się na tych popierdółkach? - wymamrotał z zażenowaniem
Skorpinior lekko się zmieszał, ale zaraz odzyskał aminiusz:
Bardzo słuszna uwaga, największym zagrożeniem pozostają żywiołaki... ale chodzi nam o to, żeby przy okazji wytłuc tych prymitytów ile się tylko da
- Walka na 3 fronty? Jedni tłuką żywiołaki, inni przy okazji "odwiedzają" centaury a jeszcze inni zabawiają lamiony? Może być - odrzekł Greg z szerokim uśmiechem.
Raczej na dwa, do te czworonogi to jedna wielka hołota, która zamiast cięzej pracować woli spędzać na łupieniu się nawzajem, ale cieszy mnie pański entuzjazm - szczęki skorpiona ułożyły się w jakąś parodię uśmiechu. -Oczywiście moja nacja potrafi wynagrodzić sojuszników,
- Ile?

***

Lokey niezrażona milczeniem kirinotaura, przywłaszczyła sobie spluwę.
Jednak Andromach nie zwracając uwagi na jej komentarze zapatrzył się w przestrzeń morza.
Stał tak kilka minut, gdy nagle dosłyszał za sobą ciężkie stąpanie.
Gdy się odwrócił ujrzał dwie zwaliste i jedną chuderlawą sylwetkę, gdy się przybliżyli druid dojrzał, że trójka składała się z goblina i pary orków którzy nieśli kije z drutami zwisającymi do samej ziemi.
Nie wyglądali na przyjaźnie nastawionych.
-Dzisiaj odlot, więc przyszliśmy się odpowiednio się "pożegnać" kopytniaku! -krzyknął kurdupel, po czym zielonoskórzy zaczeli się do niego zbliżać z wyraźnym zamirem wzięcia go z obydwu stron.

Irhak PW
6 września 2010, 16:33
- Poczekaj - szepnął do Farawell Ningress. - Mam lepszy pomysł, ale musisz mi zaufać...
Po tych słowach wyciągnął swój "miecz". Był to raczej jakiś kawał blachy, który miał imitować ostrze zwykłego miecza, osadzony w jakiejś dziwnej rękojeści z drewna czy kamienia (chyba nawet sam Ningress nie wie co to jest). Po czym wyjął jeszcze jedno urządzenie. Małe, lekkie i najwyraźniej przeznaczone dla jednej osoby. Ningress coś przy nim majstrował i przyczepił do swej broni, jednocześnie uruchamiając je. Tuż po tym ruszył naprzód po trzecich śladach. W końcu doszedł do jakiegoś pomnika i Farawell ciekawsko wychyliła się zza jego pleców.

Kirin PW
6 września 2010, 17:23
Znowu chcą mi coś zrobić… Widać wieści o moich „osiągnięciach” w dziedzinie torturowania niemagicznych rozmyły się pod wpływem czasu… No cóż, trzeba będzie sobie zapracować na szacunek ponownie.

Andromach uśmiechnął się do swoich oprawców i stanął w pełni wyprostowany. Nie liczył na to, że odpowiedzą chociaż namiastką tego samego. Ale bądź co bądź, nie powinien ukazywać swoich słabości swojemu wrogowi. Ta stara sztuczka, znana wśród wielu stworzeń uważanych za mniej inteligentne od większości humanoidów, lwiej części pozornie światłych istot (a przynajmniej tych o inteligencji większej od inteligencji przeciętnego gnoja) umykała pod napływem myśli o różnych „poważnych i niezawodnych” taktykach i „sposobach radzenia sobie z zagrożeniem”. A ponieważ te stworzenia które miał przed sobą wyglądały na takie o inteligencji zbliżonej do gnojów, toteż miał nadzieję, że nie będą w stanie kontrolować w należyty sposób swojej podświadomości, a więc nie zorientują się co dokładnie na celu miał ten zabieg i podświadomie wezmą go za oznakę wyjątkowej pewności siebie. Kirinotaur wiedział jednak, że bez względu na poziom tych istot sama sztuczka nie wystarczy. Myślał bardziej o tym, że kupi mu to trochę czasu na wykonanie właściwego planu. Nie tracąc więc czasu odpiął od pasa dwa dość pokaźnej wielkości mieszki z Ciętokrzakiem, po czym podpalił je małą błyskawicą i rzucił oba za siebie. Liczył na to, że uda mu się ustawić niemagicznych w pobliże mieszków w taki sposób, żeby wszyscy odczuli na sobie działanie tego ziela – agresorzy negatywne, zaś on sam miał nadzieję na wywołanie u siebie zwyczajowego działanie Ciętokrzaku u kirinotaurów. Po wykonaniu tego „manewru” zaczął się cofać w pobliże mieszków z rękoma zaciśniętymi na kiju, w pozycji bojowej, ciągle z szerokim, pozorowanym na naturalny, uśmiechem na twarzy.

Xelacient PW
13 września 2010, 21:51
Promienie wschodzącego słońca w końcu obudziły także śpiącego drakonida. Zmysły powoli odzyskiwały sprawność, usłyszał szum wiatru, w jego nozdrza uderzył zapach ryby.
Gdy otworzył oczy ujrzał wnętrze starej niewielkiej kamiennej chatki, do której przez niewielkie okienko wpadały promienie słońca.
Zamrugał i rozmasował sobie czoło. Wspomnienia powoli układały się w logiczną całość:
Znajdował się w Gnashfolk, niewielkim nadmorskiej wiosce znajdującej się w pobliżu wyspy Straconej Nadziei, wedle swoich informacji, dzisiaj podpływał tutaj jakiś gargulec z więzienia po zaopatrzenie. Wczoraj wieczorem udało mu się dotrzeć łodzią do wybrzeża tej wyspy, w ciemnościach nocy zwabiło go światło pojedynczego ogniska, wprost do samotnej chaty starego rybaka Riszczaka. Był to stary goblin, który okazał się na tyle gościnny, że udzielił schronienia Zdzichowi, jednak był na tyle skrytą istotą, że zamienili niewiele słów.

W końcu westchnął i powoli podniósł się ze swojego legowiska (dołu wygrzebanego w piasku wymoszczonego mchem) i na czworakach wypełzł przez kotarę zastępującą drzwi. Jego oczom ukazał się fale morskie załamujące promienia słońca, tak że całe morze wyglądała niby srebrzysta kaskada. Bryza owiała mu plecy, rozbudzając go do reszty, wyprostował się i rozwinął skrzydła, łopocząc nimi w czystej radości życia.
Ogień i woda… na jego pysku pojawił się bolesny skurcz, ale tylko na jedną krótką chwilę.

-Piękny poranek, prawda? – zza pleców usłyszał cichy i spokojny głos. Drakonid odwrócił się, tak to był Riszczak, siedział na ławie pod ścianą chaty i reperował sieć. Zdzich przez chwilę z zainteresowaniem patrzył jak zręczne palce spięte błoną wplatają linkę w misterną strukturę, ale szybko jego uwagę odwróciło skwierczenie. Tuż obok na kracie opiekało się kilka ryb. Jaszczurowi zaburczało w brzuchu.
-Pomyślałem sobie, że pewnie musisz być głodny… -rzekł goblin nie odrywając oczu od roboty.

***

Wiatr był dosyć silny, dlatego dym z obu mieszków unosił się smugą w głąb lądu, orkasy nieufnie łypnęły na całość, ale widząc, że druid powoli przechodzi przez dym tylko wzruszyli ramionami i runęli do ataku, właściwie jeden, bo harpia udowodniła, że jest mistrzynią w rasowym sporcie harpii „sraj na wszystko”, ponieważ „załadowała” na twarz orka, który upuścił broń i błądząc po omacku wszedł w dym, drugi widząc, że traci przewagę z furią runął na kirinotaur, jakby mając ochotę zatrzeć ten jego uśmieszek.

***
Posąg zgodnie z wizją półelfa stał na wpół zarośnięty wśród krzaków, przedstawiał kilka postaci, goblinów i gnoli ubranych jak wojownicy.
Nie zrobił większego wrażenia na półelfie, co prawda postacie były w naturalnej skali i ręka które je wykonała zadbała o najmniejsze detale, jednak brakowało w tym większej finezji, ot mechaniczne kopiowanie rzeczywistości. Zresztą w wielu miejscach pomnik był spękany i nadkruszony, musiał tu stać przynajmniej kilkadziesiąt lat.
Za to Farawell wygladała na niemal wzruszoną, zbliżyła się do statuy i położyła Na niej rękę, po chwili odezwała się:
-Legenda mówi, że Wyciszacz, dla zabicia czasu rzeźbił w skale, z reguły upamiętniając te gnole i gobliny które ginęły pod murami twierdzy.
Jednak zebrała się drużyna… nazwali siebie „Straceńcami”, bo byli gotowi poświęcić własne życie byle tylko dorwać tego Starożytnego, ponieważ ten zniszczył wszystko co kochali. Swoją szanse widzieli w zaskoczeniu, a nie liczbie… i się im udało, zaskoczyli Wyciszacza gdy samotnie przechadzał się po tej właśnie wyspie i stoczyli z nim walkę – ciągnęła, a oczy miała zapatrzone w dal jakby spoglądała w odległą przeszłość – zginęli wszyscy, ale podobno udało im się… -to przerwała jakby miała zdradzić sekret wielkiej wagi – drasnąć go w palec!


***

-Jeśli chodzi o monety, to raczej nee jestem w stanie zaproponować panu oszałamiającej kwoty, zresztą i tak nie będą panu potrzebne, na razie mogę panu zaproponować lepszą pozycję na statku, po wylądowaniu dzięki pomocy mej rasy pańskie szanse przeżycie znacząco wzrosną, choćby dlatego, że będzie pan częściej wysyłany do... "kontaktów z tubylcami", ale myślę, że najbardziej zainteresuje pana propozycja współpracy, gdy sytuacja nieco się uspokoi

- Nie ma problemu. Potrafię docenić każdy ciężko zarobiony pieniądz. Zwłaszcza, że pracowałem charytatywnie po godzinach. Rozumie pan aluzje. - zaśmiał się Shred.

Zaczynam pana lubić, - odparł rozmówca Grega z dziwnym szczękiem który tez pewnie miał być śmiechem - ale u nas pańska praca nie będzie charytatywna, nawet po godzinach, bo na usunięciu tych depców pańska rola się nie skończy, będziemy potrzebowali istot, które potrafią swoją cięższa pracą zmusić ziemię do wydawania plonów, a słyszałem słyszałem, że miał pan kiedyś ranczo na pustynnej planecie... chciałby pan ponownie stać się właścicielem ziemskim?

Eee... - zmieszał się Greg - To były stare czasy. Nie wiele już pamiętam z tamtego okresu. Powrót do korzeni mi też średnio odpowiada.
Shred zamyślił się. Jak opuszczał planetę postanowił zajmować się tylko poważnymi pracami. Prostą robotę wolał zostawić dla prostych ludzi. Tak to odbierał.
Spojrzał w oczy rozmówcy, westchnął i powiedział:

- Niech będzie ale liczę, że będziecie zainteresowani moją działalnością i jakieś nawozy czy inne gówno mi prześlecie. No i maszyny oraz ręce do pracy. Da się załatwić?
Po chwili dodał:
- Widzę, że dużo o mnie wiecie...


Wiewek PW
14 września 2010, 13:40
- Pewnie, że jestem - odparł Zdzich biorąc 3 ryby w łapy. Po posiłku spróbował pomóc goblinowi naprawiać sieć, ale niewiele był w stanie zrobić, nie ma tak zręcznych palców.

Irhak PW
14 września 2010, 18:11
Gdy tylko Farawell przestała komentować pomnik, Ningress usłyszał jakiś szelest zza krzaków z tyłu pomnika. Ostrożnie podszedł w tamtą stronę i... wyłonił się z krzaków staruszek, który podszedł do pomnika z uśmiechem na twarzy. Półsuce wypadła z ręki broń na jego widok, a tajemnicza ochrona "zgasła".
Staruszek bardzo szybko się zorientował w sytuacji i strzelił jakimś promieniem w półelfa. Ten jednak się uchylił, ale promień znalazł inny cel - księżniczkę gnoli, zamieniając ją w kamienny posąg. W odwecie Ningress chciał rozpłatać staruszka, ale ten wyrwał mu miecz samą myślą i odepchnął agresora na pobliskie drzewa.
- Nienawidzę obrywać - rzekł przez zaciśnięte zęby Ningress, wstając po tym niewiarygodnie silnym uderzeniu.
Teraz rozpętała się prawdziwa bitwa. Promienie magii w najróżniejszych kolorach, od czerwonego, poprzez żółty, fioletowy, niebieski, czarny, biały, aż do obsydianowego, pruły powietrze i odbijały się od siebie. Kilka z tych odbitych promieni trafiło w posąg roztrzaskując jego powłokę i ukazując to, co było w środku. W końcu Ningress wystrzelił jednocześnie 3 promienie( żółty, zielony i czarny) w kierunku staruszka, który wykazywał niebywałą wręcz zwinność jak na swoje lata. Jeden z nich trafił przybysza prosto w klatkę piersiową i przeszedł na wylot. Staruszek zmieniając wygląd, był bardzo zdziwiony, że został pokonany. Jego stare połatane szaty jakby wybieliły się, jego włosy z długich śnieżnobiałych stały się krótkimi kruczoczarnymi, a twarz pozbawiona zmarszczek wydała się bardziej ludzka.
Ningress upewnił się, że mag nie żyje i odwrócił się w stronę zniszczonego posągu. W środku znajdowała się długa laska inkrustowana złotem i zwieńczona małą figurką. Na niej z kolei wisiał srebrny amulet, dający się nosić jak naszyjnik, ze szmaragdowym klejnotem na samym środku, poprzez który prześwituje płomienny pradawny znak. Po bliższych oględzinach okazało się, że jest tam jeszcze list.
Ningress rozejrzał się w poszukiwaniu swojej broni, ale najwyraźniej mag ją wyrzucił za daleko, by półelf mógł ją znaleźć. Przeszukał więc ciało napastnika i znalazł przy nim tylko pierścień z czerwonym okiem (Pewnie spodoba się tej namolnej suce, pomyśłał) oraz pewnego rodzaju notkę:

Gdy światło w mroku się schowa,
Gdy nocy potęga go zachowa,
Przebudzenie nastąpi, by w noc,
Mroczną jak Karsha Khoc,
Dzień powstał i zjednoczył
Tych, których nie pokochał.


Ningress spojrzał w kierunku półsuki i dopiero wtedy zorientował się, czemu jest dziwnie cicho. Farawell była kamiennym posągiem! Na ten widok półelf tylko wzruszył ramionami i rzekł pod nosem:
- Przynajmniej nie muszę się z nią tak użerać...
W końcu jednak złapał oba listy i amulet i spakował je do swojej torby, którą miał przewieszoną. Po czym chwycił laskę i poczuł dziwną aurę tego przedmiotu. Postanowił jednak kontynuować swoje plany - odczarował Farawell i dał jej pierścień maga. Przygotował się na kolejną tyradę półsuki, ale gdy ta chciała już coś powiedzieć, Ningress zorientował się, że czuje obecność tylko swoją i półsuki.
- A gdzie jest Raven? - spytał głośno. Tak głośno i dobitnie, by Farawell wiedziała, że nie obchodzi go co ona ma do powiedzenia, ale to co się stało z Ravenem, którego nie widział od czasu... od czasu przebudzenia się na granicy wioski!

Trith PW
15 września 2010, 19:15
Eclectica już przez dobre kilka minut stała w miejscu wpatrując się w wieżę, gdy nagle wpadła na pomysł, by pooglądać ją z bliska. Zaciekawiło ją to dzieło. Udała się więc w stronę górki w celu zbadania tajemniczej konstrukcji uznając to za rzecz bardziej priorytetową od dotarcia do twierdzy.

Xelacient PW
16 września 2010, 18:41
-Dziękuje przybyszu, ale nie jest to pilna robota - odezwał się po chwili golbin - jeśli już jesteś gotowy, to powinieneś ruszyć do wioski, żebyś mógł złapać swój transport do więzienia, chętnie ci potowarzyszę, bo sam mam coś do załatwienia w wiosce.

***

Chwila ciszy przedłużała się, towarzyszka Nigressa wyraźnie osłabiona, wodziła ocami wkoło próbując odgadnąć przebieg wydarzeń.
-Ja piaskuję –westchnęła tonem dobitnie oznajmiającym, że nie obchodzi jej, to że Nigressa nie obchodzi co ma do powiedzenia - kto to był?
Ponieważ nie dostała odpowiedzi, powoli obeszła posąg, a właściwie jego resztki, zatrzymując się przy trupie, który zaczął się nienaturalnie szybko rozpadać, po chwili jedyną pozostałością po nim była śmierdząca paćka i sczerniałe resztki owinięte w ubranie.
Od tego niezwykłego zjawiska ich uwagę odciągnął szelest krzaków, półsukna nerwowo chwyciła broń, ale kolejny nieznajomy okazał się tylko goblinem wyglądającym równie kiepsko co Farawell, był ubrany jak typowy podróżnik, chociaż w oczy się rzucała wielka lustrzanka na jego szyi.
I wtedy coś uderzyło w Nigressa, nie, nie w jego ciało. Coś zaatakowało jego ducha, usłyszał upiorny chichot, gdy wyrwano mu część energii znacznie większą niż tą którą zużył podczas walki.
Gdy jego astralna powłoka słabła, z duszy do umysłu instynktownie popłynęła jedna myśl:
To był demon.

***

Ścieżka która prowadziła do wieży nie była zbyt uczęszczana, świadczył o tym chociaż fakt, że była tak wąska, że tylko dwoje humanoidów mogło iść obok siebie.
Jednak żywiołaczka przemieszczał się dosyć sprawnie, wieża znajdowała się bliżej niż twierdza, a to, że miał cały czas pod górkę niezbyt jej przeszkadzało.
Wraz ze zmniejszaniem się dystansu, kolejne szczegóły stawały się widoczne, wąska kolumna, zwieńczona przeszklonym pomieszczeniem, mnóstwo anten wyrastających z dachu, a nawet powoli się obracający radar.
Gdy zbliżyła się do rozstaju ścieżek, dostrzegła istotę siedzącą na kamieniu, był to gargulec zwrócony do niej plecami, z jego aury wynikało, że się zamyślił.

***

Skorpinior rozłożył szczypce - No cóż, przeglądając podania i akta więzienne razem z moimi współbraćmi dokonywaliśmy selekcji, co prawda nie byliśmy wybredni, ale wyławialiśmy szczególnie... wybitne jednostki. A wracając do uprawy…
- Zaraz, zaraz - wtrącił Greg... - Szczególnie wybitne jednostki? Magiczni też?
- Skorpinior był tak zaskoczony pytaniem, że oczy stanęły mu w słup - dobre pytanie, ale jeśli dobrze pamiętam... to nie... oczywiście "magiczni"będą, bo nie należy gardzić mięsem armatnim... ale mówiąc wybitni miałem na myśli "posiadające cechy potrzebne do zbudowania nowoczesnego świata" czyli np. technicznie i rolnicze.
- Pierdolenie. Wiem, że będzie tam sporo magicznych. Aż tak naiwny nie jestem. W końcu człowiek nowoczesny nie może naiwny. Musi być asertywny

- Oczywiście nie mam pretensji do pana - dodał po chwili.
-Czasami musimy wybrać między mniejszym, a większym złem... więc musimy się wspomóc magią, by nie paść pod naporem żywiołów - odpowiedział filozoficznie.
-Chyba między większym, a mniejszym gównem –prychnął Shred

Mimo to wejdzie pan w spółkę z moją rasą? -skorpinior wyciągnął w kierunku Grega ogon, dopiero teraz zauważył, że zamiast kolca jadowego miał cztery zręczne... palce?

- Oczywiście. Jestem zaszczycony, że osobiście pofatygował się pan do mnie z taką świetną inicjatywą. Z przyjemnością zacznę współpracę z panem i z pańską rasą - powiedział i uścisnął ogon Skorpiniora.

-Świetnie, zaraz powinna przyjść pani Mahira, będzie dowodzić statkiem którym polecimy z resztą floty, ja panu powiem, że trochę mnie to dziwi, co prawda ma twardy charakter, ale bo prawie nie posiada żadnego doświadczenia "kosmicznego", ale podobno została mianowana na to stanowiska przez samego Tulondera....

- To pewnie korupcja, znajomości, rodzina albo komuś dogodziła za stanowisko. Taka jest prawda.
-Taaak, grunt żebyśmy dolecieli w jednym kawałku, później będziemy mieli większe problemy, i może bym zaprosił z powrotem Galszę? Sam żywię wobec niej mieszane odczucia, ale faktem jest, że została nam przydzielona, by przygotować nas do starcia z Żemniakami
- Niech wejdzie. Przecież jej nie zjem.

Irhak PW
16 września 2010, 20:04
Gdy mag znowu się przeistaczał, Ningress poczuł, że z jego duszy i umysłu wyrywana jest olbrzymia część jego własnej osobowości magicznej (to coś, co sprawia, że magia danego osobnika jest spójna i niezachwiana). Tylko jedna istota byłaby do tego zdolna, półelf wiedział o tym i od razu ją rozpoznał w tej galarecie, która została po tym dziwnym magu.
Ningress oparł się o swoją nową laskę i wyszeptał:
- Grashawk, Demon Nocy...
Grashawk to, wg mitologi elfów, najpotężniejszy i najstarszy z demonów. Wielu mówiło, że go zniszczyło, ale on się odradzał. Nie wiadomo było jak mu się to udawało. Jedyne przesłanki na ten temat były ledwie poszlakami. Każdy, który twierdził, że pokonał tego demona, wracał niezwykle osłabiony i pomimo wielogodzinnego odpoczynku nie udawało mu się odzyskać wszystkich sił magicznych. Ginął także po kilku dniach.
Ten demon nosi różne imiona w różnych społeczeństwach. Grashawk u elfów. Kress-nes-lok, Przedwieczny Zabójca, u jaszczurów. U istot stepu znany jest pod nazwą Drib-hoshwk, Przeciwnik Mocy. Tej ostatniej nazwy nikt nie potrafił wyjaśnić. Aż do teraz...

Wiewek PW
19 września 2010, 15:46
- Chwilę, tylko spakuję bagaż - odpowiedział drakonid. Wpełzł do środka i wrzucił swój niewielki dobytek do torby.
- Idźmy więc, muszę tam być koło południa. Jak nie zdążę, będę musiał znaleźć inny transport, a na to nie mam czasu.
strona: 1 - 2 - 3 - 4 - 5 - 6 - 7 - 8 - 9 - 10
temat: [RPG] Wojna Żywiołow: Dzień Pioniera

powered by phpQui
beware of the two-headed weasel